wtorek, 17 stycznia 2012

Życie bez trosk, życie bez sensu

W ubiegły czwartek wysłuchałem fragmentu "Nocnych Rozmów" - cyklicznego programu Radia Plus Opole. Temat luźnej pogadanki oscylował tym razem wokół beztroski studenckiego życia. Zagadnienie zdało mi się tak błahe, że do audycji podszedłem z właściwą sobie w takich razach dezynwolturą, choć nie bez swoistej sympatii dla ludzi, którym w dzisiejszym pokręconym świecie jeszcze się chce o takich drobnostkach rozprawiać. Po krótkiej chwili zresztą, mimo całej ochoty ducha, dałem za wygraną i ucho zamiast do radioodbiornika przyłożyłem do poduszki.
Następnego dnia naszła mnie jednak pewna refleksja, którą chciałbym się podzielić - jeśli padła ona podczas słuchowiska, to cóż, niech nie będzie mi to policzone.
Otóż wizja życia bez trosk zdaje się być niezwykle kusząca: nie trzeba tutaj specjalnie się wysilać - wodze fantazji same się poluźniają i już widzimy siebie szczęśliwych na górze złota albo jakimś bieszczadzkim szczycie, z rodziną lub bez, z psem czy kotem, we własnym domu przed telewizorem lub gdzieś w odległym tybetańskim klasztorze. Wyobraźnia nie ma w tym przypadku granic, można by godzinami wymyślać co i jak, aż do znudzenia, kiedy to w końcu pojawia się pytanie: i co dalej?
Interesujące, że, gdyby to tylko było w ludzkiej mocy, zapewne każdy z nas odjąłby sobie przynajmniej materialne troski dnia codziennego, po to by swą energię skupić wokół spraw wyższej wagi, cokolwiek zresztą by to nie znaczyło. Trochę to tak jak z Tewje Mleczarzem, który przesiadywałby więcej w synagodze gdyby Bóg zechciał go wysłuchać i obdarzył bogactwem wystarczającym by porzucić pracę.
Ale pytanie o materialny wymiar trosk, przedmiotu nie wyczerpuje: z o ileż większym niepokojem głowimy się nieraz nad przyszłością i tym co przyniesie, z jaką przesadną rozwagą snujemy plany i piastujemy je w nadziei, że ostatecznie uda się je zrealizować.
Wolne od tego rodzaju kłopotów są chyba jedynie dzieci, ale czy ktokolwiek na powrót chciałby stać się dzieckiem?
W ogóle: troska naturalnie kojarzy się z jakiegoś rodzaju zmartwieniem. Czy słusznie? Przecież jeśli matka troszczy się o dziecko to w żadnym wypadku nie musi, ba nie powinno to mieć negatywnych konotacji - przeciwnie - jest raczej, o ile mogę w imieniu matek pozwolić sobie na taką uwagę, wspaniałą przygodą, nawet jeśli dziecko robi wszystko by tak nie było (pozdrawiam mamę!;). Jednym słowem gdy o coś się troszczę, niech to będzie cokolwiek - to znaczy, że mi na tym zależy, i dobrze, bo tyle jest rzeczy, na których zależeć każdemu z nas powinno.
Oczywiście każdy z nas na to i owo narzeka; przeciętny człowiek najczęściej pewnie utyskuje na swoją pracę ale to dlatego, że on sam wierzy, zasadnie czy nie, że jego energia mogłaby zostać lepiej ukierunkowana. Niekoniecznie chodzi zaraz o to, żeby resztę życia spędzić na plaży, popijając schłodzony nektar w cieniu palm (co jest nawiasem mówiąc dosyć ryzykowne jeśli na palmie znajdują się kokosy - coś o tym wiem!).
W Mądrościach Ojców Pustyni czyli Geriontikonie - książeczki, która winna chyba gościć w każdej, nie tylko chrześcijańskiej biblioteczce, między innymi znajduje się i taka, cokolwiek dziwna historia pewnego pustelnika. Człowiek ów regularnie zapadał na zdrowiu, zawsze jednak po jakimś czasie dochodził do siebie. Sytuacja ta powtarzała się rok w rok, aż pewnego razu starca ominęła choroba. Zamiast cieszyć się z tego faktu, załkał rzewnie, a kiedy zapytano go czemu płacze odparł, że oto najwyraźniej Bóg przestał się o niego troszczyć. Tak bowiem osobliwie pojmował on łaskę bożą.
Daleki jestem od stwierdzenia, że troski są swego rodzaju wyzwaniami, choć i tak być może. Sądzę natomiast, że niemała jest ich rola porządkowa, hierarchizująca naszą codzienność. Dlatego tak jak w tytule tego wpisu - czy życie bez trosk, nie byłoby jednak życiem bez sensu?

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Kościół a sprawa polska

Natknąłem się w sieci na ciekawy tekst Mateusza Machaja z Instytutu Misesa. Autora znam z wcześniejszych publikacji i bardzo cenię sobie jego rzeczową argumentację, dlatego do czytania zasiadłem z niemałą przyjemnością. Publikacja jest interesująca i wyjątkowo wyważona, i dobrze - niemniej jednak odnoszę wrażenie, że we wnioskach można było spokojnie posunąć się dalej. Wprawdzie Dekalogu czy Pisma Świętego w ogóle, nie warto czytać jak pan Kolany na bankier.pl jako manifestu polityczno-społeczno-ekonomicznego, (choć tekst pana Kolanego to, przyznaję, sympatyczna rozrywka intelektualna), mimo to podstawy wiary dosyć bezpośrednio odnoszą się do tego co Rothbard nazywa prawem naturalnym, co rodzi oczywiste implikacje.
Warto pamiętać, że Rothbard z jednego prawa naturalnego - prawa własności wyprowadza ideę libertariańską in extenso; chrześcijanin idąc za przykazaniem miłości bliźniego ma teoretyczną podstawę by uczynić to samo i de facto dojść do tych samych wniosków.
W praktyce jest to jak wiadomo niemożliwe - ile osób potrafi dzisiaj świadomie odróżnić skutki od przyczyn, ba, ile ma czas by się nad jednymi i drugimi zastanowić.
Ciągle łatwiej jest podarować komuś małą rybkę niż pokazać gdzie jest staw albo jak skonstruować wędkę.
O ileż prościej jest zrzucić ten czy inny obowiązek na instytucję - pomoc biednym na odpowiednie urzędy, sprawy bezpieczeństwa własnej ulicy na policję etc. Instytucja policji to zresztą świetny przykład - powołana w szczytnym celu ochrony obywateli w rzeczywistości wyręcza ich z myślenia o własnym bezpieczeństwie i atomizuje.
Ale wracając do meritum: nie mam odpowiedniego przygotowania ani nawet ambicji by przeprowadzać usystematyzowaną analizę zagadnienia, ale fakt faktem, że w Piśmie Świętym aż się od interesujących zagadnień z pogranicza religii i relacji społecznych roi. Kwestia interpretacji zawsze pozostaje, rzecz jasna otwarta jednak ścisłe trzymanie się zasad dekalogu możliwości interpretacyjne cokolwiek zawęża (o czym zresztą pan Machaj mimochodem jak sądzę wspomina). Dlatego choć rozrzut poglądów wśród wiernych i dostojników kościoła jest naturalny to równie niewymuszony i spontaniczny winien być proces znaczącego ujednolicenia stanowisk. Że w wyniku takiej harmonizacji wspólnota nabrałaby cech libertariańskich pozostaje mi już tylko wierzyć.

Kilka uwag na nowy rok

Noworoczną tradycją dziennikarzy, blogerów, wszelkiej maści autorytetów i celebrytów jak również pospolitej, choć nierzadko gorączkowo rozpolitykowanej gawiedzi są mniej lub bardziej udane podsumowania minionych miesięcy będące z reguły przystawką do prognoz o wysoce zróżnicowanym stopniu realizmu. Tego typu działalność piśmiennicza wynika najczęściej ze szczerej potrzeby grafomaństwa i aplauzu i jest prostą konsekwencją nasilonej ponad stan miłości własnej. Jednocześnie nie trzeba wcale posiadać nadmiernych ambicji intelektualnych żeby podskórnie niemal wyczuć i mimowolnie dać się ponieść nadarzającej się w takich razach okazji by zgrabnym proroctwem wstrzelić się do panteonu stańczyków i wieszczów naszego umęczonego narodu.
Byłoby kłamstwem zarzekać się, że tej swoistej gorączce nie ulegam ani trochę, co więcej łapię się na tym, że przełom roku i dla mnie staje się pretekstem do podobnych analiz, choć przecież zimowa aura jest ku temu tak samo dobra jak każda inna.
Dlatego by mieć to już z głowy i w przyszłości móc zająć się ważniejszymi tematami stwierdzam pokrótce co następuje:
Po pierwsze: uspokajam - nihil novi sub sole - choćby nawet brzmiało to jak najpospolitszy truizm. Zaglądając w zwierciadło historii byle laik bez kłopotu odnajdzie interesującą go paralelę i jeśli coś w tym fakcie jest ciekawego, to przede wszystkim to, że mimo ciągle podobnych doświadczeń nieustannie popełniamy te same błędy jako poszczególne jednostki, jak i jako gatunek ludzki w ogólności.
Po drugie - znajdujemy się chyba na dziejowym zakręcie i prawdopodobnym jest, że albo z tego zakrętu z hukiem wylecimy albo zaraz za nim okaże się, że droga niespodziewanie się urywa. Zdaję sobie sprawę, że być złym prorokiem to łatwizna ale proszę zwrócić uwagę jak bardzo wzorzec naszych zachowań skręcił ostatnimi czasy w stronę utylitaryzmu - właściwie ciężko doszukać się jakiejkolwiek ideowości w działaniach dzisiejszego homo sapiens, a to o tyle niedobrze, że ideologię, nawet najgłupszą zawsze można zrewidować i zmienić, utylitaryzm natomiast z samego założenia jest bezwzględnie bezrefleksyjny.
Nie chodzi mi w tym momencie o jakąś prymitywną krytykę egoistycznych zachowań opisanych przez Adama Smitha w "Bogactwie Narodów..." tylko o istotę naszej cywilizacji a może i nawet człowieczeństwa. Oto 12 stycznia tego roku "Panorama" wyemitowała materiał o wypadkach drogowych i stale rosnącej liczbie ofiar tych wypadków. Niby news jakich wiele; ot trochę politpoprawnej papki, kilka przemawiających do wyobraźni obrazków wraków.
Pal sześć statystyki, z których, uwzględniając systematyczny przyrost liczby samochodów na naszych drogach nijak nie wychodzi mi, że główną przyczyną większej ilości codziennych drogowych tragedii jest podniesiony niedawno limit prędkości. Skoro dziennikarz stawia sobie taka tezę i udowadnia ją gwałcąc zdrowy rozsądek to mnie nic do tego, przynajmniej póki sam mogę sprawdzić zaserwowane informacje i zweryfikować te idiotyzmy. Zszokowało mnie natomiast podsumowanie newsa, które brzmiało mniej więcej tak: dramat rodzin osób zabitych to jedno, ale koniec końców tracimy wszyscy, bo ludzie ci już nigdy nie pójdą do pracy i nie stworzą żadnego PKB. W sumie państwo z tego tytułu jest biedniejsze o - i tu padła konkretna liczba, jeśli dobrze pamiętam ok. - 10 mln złotych.
Przyznam że mnie zwyczajnie zmroziło - z otwartą jadaczką siedziałem przed telewizorem i zastanawiałem się jak bardzo bezczelnym trzeba być by coś takiego powiedzieć prywatnie, bo w głowie mi się nie mieści, że ktokolwiek mógłby się zdobyć na tego rodzaju wypowiedź publicznie. A jednak, kiedy już ochłonąłem, doszedłem do wniosku że ten facet, niech będzie że nazwę go nawet, niech stracę, dziennikarzem, raczej nie miał złych intencji. Owszem, zachował się jak bydlę, ale to z przyzwyczajenia - od lat jesteśmy traktowani jak bydlęta to się człowiek w końcu przystosowuje. Cóż, mamy niestety ogromne zdolności adaptacyjne.
Z innej beczki: czekam właśnie na paczkę od rodziny z Kolumbii; przesyłka nadana została jeszcze w grudniu tak bym mógł ją rozpakować w okolicach świąt. Właściwie oswoiłem się z myślą, że jej już nie zobaczę - od lat paczki z Kolumbii albo nie dochodzą wcale albo, znacznie częściej, docierają poszatkowane i podziurawione, że aż się serce kraje. Wiadomo - gdybym handlował narkotykami przesyłałbym je oczywiście jak każdy szanujący się dealer DHL-em; celnicy myślą widać podobnie dlatego muszą koniecznie sprawdzić czy aby w pudełku nie znajdują się prochy i każdorazowo dziurawią pakunek jak popadnie a czasem ordynarnie go otwierają, niszcząc zawartość. Krew mi bulgoce gdy o tym myślę, a co dopiero piszę bo czy to właśnie nie jest doskonały przykład zbydlęcenia obyczajów?
Albo proszę sobie chociaż przypomnieć "debatę" o wieku emerytalnym; zewsząd gadające głowy epatują nas coraz śmielszymi obliczeniami, a nikomu nie przyjdzie do głowy, że o tym kiedy zacząć karierę zawodową i kiedy ją skończyć winienem decydować tylko ja. Pracuję dla siebie, na swoje utrzymanie i tyle - jeszcze dziesięć lat temu media jak ognia unikały popularnego dziś stwierdzenia, że zstępni pracują na wstępnych a dziś obrzydliwość ta jest normą. Wszystko dla wspólnego dobra.
Jednym słowem: nie tak dawno temu politycy w III RP przypomnieli sobie o karze śmierci. Podniosło się zaraz larum, że nie, nie wolno, nie da się, Europa, prawa człowieka itd. Można się z tym zgadzać albo i nie - jeśli o mnie chodzi to mam wielką obawę że KS jednak wkrótce zostanie przywrócona, kto wie czy nie będzie za nią orędował sam Słońce Peru, ale z powodów utylitarnych nie ideowych - by ukrócić zbrodnie przeciwko budż narodowi jakim niewątpliwie są wszelkie przestępstwa gospodarcze. Oczywiście zgodnie z wydźwiękiem wspomnianego newsa podobnie może zostać zakwalifikowane pospolite morderstwo. W końcu skoro przeliczamy wszystko konsekwentnie na pieniążki...
Profesor Rothbard w "Manifeście libertariańskim" twierdzi gdzieś w pierwszych rozdziałach, że utylitaryzm jest wprawdzie jako idea (czy też właściwie anty-idea) fatalny, ale nierzadko czerpie garściami z rozwiązań wolnorynkowych czy nawet libertariańskich bo te są zwyczajnie zdroworozsądkowe ergo użyteczne (utylitarne). Dzisiejsza codzienność pokazuje jak wielce Rothbard się w tej akurat materii mylił, jak bardzo zatruty został nasz zdrowy rozsądek, nawet nie inżynierią społeczną ale głupotą i całkowitą bezrefleksyjnością.
Ale żeby nie było tak ponuro i katastroficznie: w USA objawił się Ron Paul i choć szanse na jego prezydenturę są minimalne, to jednak trudno nie zauważyć rosnącego od kilku lat dla głoszonych przez niego idei poparcia. Oby to była jaskółka, która w przyszłości pokona jastrzębia.

piątek, 7 października 2011

Polska azylem Europy

Podobnie jak to drzewiej bywało Polska wyrasta na najbardziej tolerancyjny, spokojny i liberalny kraj dzisiejszej Europy. Teza może troszkę śmiała ale proszę spojrzeć: w Niemczech kanclerzyca Merkel złości się na Turków i multi-kulti, w Wielkiej Brytani i Francji płoną od czasu do czasu całe dzielnice, nawet w ciapowatej Słowacji czepiają się Bogu ducha winnych Cyganów a w Polsce jak kto chce - hulaj dusza, piekła nie ma. Wprawdzie u nas też drobne niepokoje i okolicznościowe ruchawki, ale związane są one z, co tu dużo gadać, przedwyborczym stresem bo ważna to rzecz kto wejdzie, a jak wejdzie to komu i gdzie. Koniec końców jednak my tu głównie walczymy sami ze sobą a trup nie ściele się szczególnie gęsto jeśli w ogóle.
Warto przy tym zauważyć, że o ile chłopcy w piaskownicy troszkę się ostatnio poprztykali o tyle tak "naprawdę nie dzieje się nic" jak słusznie wyśpiewał kiedyś Grzegorz Turnau. Jasne - całkiem pokaźne stadko baranów beczy chwilowo znacznie głośniej niż zwykle bredząc co i rusz o ewentualnych dusznych rządach prezesa, pięciu gniewnych ludzi zaś pisze jakieś śmieszne listy i zawracając głowę łaskawej pani Anieli Merkel wmawia jej, że została śmiertelnie obrażona, prokurując tym samym skandal tam gdzie go oczywiście nie ma - ale w sumie nie jest to nic czego byśmy już kilka lat temu nie przerabiali.
Ciekawi mnie raczej co innego mianowicie czy cierpliwa pani Aniela nie zdecyduje się w związku ze skierowanym do niej pismem na jakowąś prewencyjną wojenkę bo przecież w obecnej sytuacji ma ku temu powody przynajmniej dwa: po pierwsze uderzenie na nasz Przywiślański protektorat mogłaby tłumaczyć potrzebą ochrony swego dobrego imienia wobec domniemanych kalumnii prezesa jakie rzekomo były spadły na jej nieszczęśliwą głowę; po drugie natomiast dla swojego świętego spokoju mogłaby zwyczajnie chcieć uciszyć tych wszystkich płaczków, którzy przy byle okazji lecą do niej na skargę pętając jej tym samym ręce w sprawach o wiele poważniejszych.
Co zrobi pani Aniela tego oczywiście przewidzieć nie sposób, natomiast, że takie zachowania byłych ministrów i znakomitej części mediów społeczeństwo przyjmuje bez szemrania to już jest dowód niezbity na nasz wyjątkowy liberalizm wyssany chyba wprost z matczynym mlekiem.
Swoją drogą zaskoczyło mnie, że nikt nie zwrócił uwagi, że przesadzona reakcja "byłych" właściwie bardziej obraża panią Anielę niż tajemne słowa o znaczeniu runicznym zapisane w księdze mądrości prezesa. Skoro bowiem nasze autorytety zaprzeczają tezie prezesa, który stwierdził, że (cytuję z pamięci) - "dojście [pani Anieli - przyp. mój] do władzy nie było wyłącznie dziełem przypadku" to znaczy, że uważają jej zwycięstwo w wyborach i objęcie stanowiska kanclerzycy za czysty zbieg okoliczności. Nie liczą się więc poglądy pani Anieli i jej ówczesny program, nie ma znaczenia jej doświadczenie zdobyte u boku Helmuta Kohla, o kant stołu rozbić można nastroje Niemców i masę innych czynników - nie, o zwycięstwie pani Merkel zadecydował ślepy los.
Rozumiem, że taka to już cecha demokracji - cóż skoro los, podobnie jak Temida jest ślepy to może tak po prostu być musiało. Ale w takim razie po co w ogóle organizować tę hucpę z wyborami - nie lepiej rzucić kośćmi?

wtorek, 4 października 2011

Dzieje się...

Długo, bardzo długo zabierałem się do kolejnego wpisu na blogu, ale też proszę mi wybaczyć ale pora ku temu nienajlepsza. Nie, nie chodzi mi o to że jesień, że zimno, koniec wakacji (zresztą kto wakacje do końca września miał to miał...), że w Kolumbii słota, że późno, cisza nocna i takie tam inne dyrdymały.
Rzecz w tym, że w chwilach szaleństwa raz na czas miewam takie dzikie, nieokiełznane marzenie by wrzucić tu coś niekoniecznie związanego z sytuacją społeczno-polityczną kraju i wszechświata, ergo coś wesołego od czego droga Czytelniczko, drogi Czytelniku rubasznie zarechotasz nieznacznie choćby zwiększając sumę szczęścia i radości na tym pożałowania godnym łez padole.
Chciałbym przy tym uniknąć łatwizny i banału dlatego z miejsca odrzucam przaśny koncept, że tym czymś mogłoby być moje zdjęcie, poszukuję więc w pocie czoła innego tematu ale nie takie to proste gdy tak zwana kampania w pełni i tak zwani poważni politycy atakują jak się da moją sferę osobistą nachalnie reklamując swoje miazmaty dla hecy i niepoznaki zwane programami wyborczymi.
Że ci faceci z popispslsld, udają że własne wynurzenia traktują serio to mnie jeszcze nie dziwi - przybrałeś sobie człowiecze taką gębę to teraz musisz grać przynajmniej do wyborów. Ale że tak zwani poważni dziennikarze ze śmiertelną powagą analizują kolejne sondaże, partyjne wolty, żenująco miałkie spoty i wypowiedzi członków całego tego politycznego gangu to już doprawdy jest mało śmieszne.
Od lat wprawdzie nie dziwi mnie już agitka uprawiana przez prawdopodobnie najlepszą gazetę w kraju; zresztą w trosce o resztki zdrowia psychicznego "wybiórczej" nie poczytuję, pech jednak chciał, że stojąc w kolejce na stacji gdzie płaciłem pokornie za paliwo jakieś 5,5 złocisza za litr, nieopatrznie zawiesiłem lewe nomen omen oko (ach ten zez!) na pierwszostronicowym wstępniaku Mistrza Ceremonii GieWoo, który z uporem godnym żuczka gnojarza po raz tysięczny wyłuszczał czytelniczej tłuszczy fakty o wyższości Peło nad Piss.
Święte to prawo gryzipiórka pisać co mu się żywnie podoba szczególnie jeśli skrobie we własnym organie. I ja przecież nie jestem gorszy i gdy mam wenę zamieszczam tu nie byle jakie blasfemie żeby wkurzyć cenzorów, wywołać skandal i dorobić się fortuny. Bardziej przeraża mnie fakt, że nie minęły 24 godziny a już, szperając po necie znalazłem wypociny dziennikarzy z konkurencyjnego periodyku, którzy widać nie mogli sobie darować by powiedzmy to wprost - bredni naczelnego GieWoo nie skomentować.
Mam nieodparte wrażenie że cała polska rzeczywistość społeczno-polityczna działa na zasadzie rezonansu. Jeden baran z drugim - nieważne dziennikarz czy polityk huknie w tubę to zaraz drugi koniecznie musi mu odtrąbić. Ci ludzie nie grają własnych melodii, nie mają żadnych idei - zwyczajnie drepcą w miejscu oglądają się na ruch adwersarza, lub w końcu sami ten ruch prowokują, tamten zaś, jak dziecko oczywiście tylko na zaczepkę czeka i już obaj mogą wziąć się pod ręce, za łby czy za co tam jeszcze im się żywnie podoba i rozpocząć chocholi taniec.
Znajdujemy się chwilowo w oparach absurdu a miazmatami tymi upojeni jesteśmy całkowicie - nie trzeba być mózgiem żeby zauważyć że prezes bredzi, że cały jego program to socjalno-etatystyczne bzdury podlane podłym sosem o wspólnej europejskiej armii.
Z premierem nie jest lepiej - gość odjechał już tak mocno że trudno to komentować, ma facet natomiast jeszcze na tyle cwaniactwa, że jako koło ratunkowe rzuca sobie i partii obietnice 300 Euro - przy czym nie ma to znaczenia czy będzie to 300 tysięcy, milionów czy miliardów - to wszystko i tak są puste pieniądze i bogactwa z tego nie będzie - (jeśli nawet te pieniążki przekroczą granice III RP to) powstanie co najwyżej parę dziwnych firm krzaków obsługujących kompletnie nietrafione z punktu widzenia gospodarki inwestycje, które po zakręceniu kurka i wyschnięciu źródełka taktownie się zwinie ogłaszając po cichu bankructwo. Zresztą nawet gdyby rzeczona mamona została podzielone i każdy z nas otrzymał do ręki te kilka euro efektem byłaby tylko inflacja i kac na drugi dzień po hucznej imprezie. To chyba Mises pisał o dolewaniu pączu...
I kończąc już: dla odreagowania i, co tu dużo mówić - z przekory zakupiłem byłem pierwszy (i drugi!) numer tygodnika Wprost/Wręcz Przeciwnie. Byłem mile zaskoczony znajdując tam nawet trzy lub cztery ciekawe teksty - bo, jak wspomniałem poziom naszego dziennikarstwa jest taki że pożal się Boże więc każda jaskółka cieszy. Jeden z artykulików z działu "kultura", choć akurat słabszy w formie zwracał uwagę na śmierć dobrego polskiego rocka. Celna uwaga - wróciłem ostatnio do dwóch pierwszych płyt Hey i nie mogę wyjść z podziwu jak dobra to muzyka a równocześnie zachodzę w głowę, jak to jest, że zespół który nagrał takie hiciory jak "Ja sowa", "Zadrość", "Ho" etc. (właściwie można by wymienić wszystkie piosenki z "Ho" i 3/4 z "Fire") tak bardzo się zmienił. Ale to spotkało gro polskich i zagranicznych grup, i cóż to musi być, jak widać smutny znak nieubłaganych czasów. Plastikowa kultura, plastikowe idee poprawności politycznej, plastikowe społeczeństwo i plastikowi politycy z plastikowym pomalowanym na złoto Tuskiem i jego lustrzanym odbiciem w postaci prezesa.
Cholera, jest to wniosek tak banalny i prostacki że aż głupio to pisać, ale co tu się dalej gimnastykować kiedy to niestety prawda. Tuż przed wyborami kiedy w teorii tyle się dzieje, tematów w brud, nic tylko czerpać garściami, wyśmiewać, wytykać palcem człowiekowi się odechciewa, bo to wszystko manewry na niby i psiakrew wszystko to tombak i plastik. Ech...
Na koniec muzyczka ze starych dobrych lat - Hey!

sobota, 17 września 2011

A więc wojna!

Jacek i Agatka razu pewnego wybrali się w góry. Dzień był piękny i słoneczny, powietrze pachniało jesienią a lekki zefirek orzeźwiał strudzonych wędrowców. Jacek i Agatka górskie ostępy odwiedzali już nieraz, tym razem jednak postanowili skorzystać z usług profesjonalnego przewodnika licząc, że ten poprowadzi ich rzadziej uczęszczanymi szlakami, pokaże i opowie o cudach natury i leśnych tajemnicach, o napotkanej faunie i florze, i, co istotne, zadba o bezpieczeństwo całej tej imprezy.
Dalej rzecz potoczyła się tak: bohaterowie nasi od kilku już godzin wydeptywali dzikie ścieżki borów, przemierzali wzniesienia po czym dziarsko schodzili w doliny gdzie tonęli wśród traw i złotych zagajników. Wprawdzie przewodnik, który z początku wydał się im miły i kompetentny, więcej niźli o licznych ciekawostkach przyrodniczych jak i samej malowniczej trasie plótł o sobie i swoich osobistych sukcesach nie mogąc się nachwalić własnych tak licznych zalet; nie stanowiło to jednak większej uciążliwości i w żaden sposób nie podważało przecież jego profesjonalizmu, co najwyżej nie najlepiej świadczyło o wrodzonej skromności.
Przewodnik wiódł Jacka i Agatkę po coraz to trudniejszym terenie, wkrótce zaczął ich nawet nieco straszyć zapowiadając komplikacje i pewne uciążliwości, ale Jacek i Agatka nie zaprzątali sobie tym głowy uznawszy, że przewodnik umyślnie nieco koloryzuje i bajdurzy bo też i taka jest jego przewrotna natura.
W pewnym momencie grupka dotarła do miejsca gdzie szlak odbijał w lewo a zaraz za zakrętem znajdowała się informacja o tym, że dalsza droga jest zamknięta do odwołania.
 Było to, trzeba przyznać, raczej niemiłe zaskoczenie i oznaczało, że towarzystwo, jeśli chce respektować zakaz wstępu musi zawrócić i pokonać około tysiąc sążni przez leśną gęstwinę aż do najbliższego rozwidlenia szlaków. Z drugiej strony Jacek i Agatka jako osoby w górskich wędrówkach zaprawione, serio rozważały możliwość przebycia reszty trasy zamkniętym szlakiem tym bardziej, że ta dotychczasowa nie nastręczyła im większych kłopotów.
Niespodziewanie jednak przewodnik górski kompletnie się załamał. Ogarnęła go dziwna histeria, krzyczał, biegał, gestykulował i rwąc włosy z głowy wieszczył apokalipsę i śmierć swoją i uczestników wycieczki. Przykro było na tego człowieka patrzeć i właściwie nie bardzo było wiadomo jak mu pomóc. Na przekór wszystkiemu nie zauważał, że słońce przecież ciągle świeci, że do najbliższej osady nie jest w gruncie rzeczy daleko, że Jacek i Agatka wciąż mają nieco prowiantu i wody w plecakach, że wreszcie, w najgorszym razie, zawsze można zawrócić - nic to dla niego nie znaczyło i ze śmiertelnym przerażeniem bełkotał ciągle swoje.
Zastanawiasz się droga Czytelniczko i Ty również drogi Czytelniku jak się ta historia skończyła? Prosto i bezboleśnie - Jacek i Agatka przeszli suchą stopą przez zamknięty szlak i powrócili szczęśliwie do domu. Za nimi wlókł się jak mara zrezygnowany i ogarnięty beznadzieją przewodnik, który bojąc się zostać sam, zdecydował się wejść na nieznaną ścieżkę. Co ciekawe, gdy tylko grupka zeszła z nieczynnej części szlaku i osiągnęła pierwszą osadę przewodnik błyskawicznie odzyskał rezon gratulując sobie nieprzeciętnego talentu rasowego aktora dramatycznego.
Nasuwa się jednak pytanie - co właściwie należałoby z takim przewodnikiem począć i jakie można by mieć o nim mniemanie?
Może takie jak o p. ministrze Rostowskim, który kilka dni temu zdołał wybekać w Parlamencie Europejskim parę zdań o końcu Europy (ba, dobrze że pan minister ma poczucie przyzwoitości i nie ogłosił końca świata). Właściwie ciężko z czymś takim polemizować, stąd ta powyższa krótka i zmyślona anegdotka. Mógłbym oczywiście zapewnić pana ministra że Europa po nieuchronnym upadku UE nie zapadnie się wcale do wnętrza ziemi jak zielona Atlantyda, nie zniknie nagle, nie wyparuje, ale i tak by mi nie uwierzył. Gdybym zaś podjął się karkołomnego zadania i udowadniał p. ministrowi to co zwykły człowiek widzi: że każdy kolejny dzień istnienia Unii Europejskiej - tej obrzydliwej lewackiej urzędniczej narośli na europejskim organizmie sprawia, że Europa z wolna umiera przyduszona biurokratycznym cielskiem takich jak pan Rostowski macherów od naszych finansów, którzy na wyścigi zadłużają nas wszystkich janosikując przy tym jak się patrzy, to by się p. minister nie dość że obraził to jeszcze niepotrzebnie zdenerwował, wyzwał od spekulantów, nazwał "drogim Maciejem" i pozwał trzykrotnie w trybie wyborczym.
Wracając do Jacka i Agatki - podziwiam ich za cierpliwość i dobroduszność. Ich przewodnikowi - temu który powinien był znać trasę jak własną kieszeń, który przewyższać ich miał wiedzą i doświadczeniem, który winien mieć co najmniej kilka planów awaryjnych na pogodę i niepogodę, deszcz, śnieg i niedźwiedzie a który koniec końców wyprowadził ich na manowce właściwie się upiekło bo i Jacek i Agatka nie chcieli mieć z takim indywiduum więcej do czynienia.
Czy i pan Rostowski będzie miał tyle szczęścia?

(Chociaż nawiasem mówiąc - być może wypowiedź p. Rostowskiego powinniśmy wziąć za dobrą monetę: UE bankrutuje a sam projekt jest już chyba w stadium schyłkowym. Pośrednim dowodem na to jest interwencja w Libii. Jak bowiem pamiętamy z lekcji historii - jeśli rządowi brak pieniędzy to chętnie angażuje się zbrojnie odwlekając ogłoszenie niewypłacalności. Tak zrobił towarzysz Hitler, podobnie zagrał towarzysz Roosevelt, tak teraz działają państwa członkowskie UE.
Francja nawet niespecjalnie kryje się ze swoimi zamiarami i zwyczajnie chce zrabować Libii zamrożony we francuskich bankach kapitał, Brytyjczycy z kolei działać będą w białych rękawiczkach i najpierw zwrócą libijskie aktywa utworzonemu przez powstańców Bankowi Centralnemu (vide link wyżej), ale tylko po to żeby ten mógł wydać te pieniądze za granicą (czyżby lwią ich część w Wielkiej Brytanii?), w szczytnym ma się rozumieć celu zaspokojenia najżywotniejszych potrzeb Brytyjczy Libijczyków.
O tempora, o mores...)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Prywatność jako towar deficytowy

Ostatnio trafiłem w sieci na ciekawy artykulik opisujący pozew 27 tysięcy skośnookich obywateli Korei Południowej przeciwko firmie Apple, która, z troski zapewne o życie i zdrowie (bo inna motywacja w głowie mi się nie mieści;) swoich żywicieli tzn. własnych klientów postanowiła na bieżąco, bez ich wiedzy i zgody gromadzić dane o ich obecnej lokalizacji. Posiadacze mobilnych zabawek Apple'a - ajfonów, ajpadów i ajpodów byli więc przez producenta zwyczajnie śledzeni a informacje o odwiedzanych przez nich miejscach trafiały do, co ciekawe niezabezpieczonego pliku gdzie kurzyły się czekając, przynajmniej podług przedstawicieli firmy, na lepsze czasy.
Rzecz jednak wyszła na jaw - pan Kim Hyeong-seok wytoczył Apple proces domagając się symbolicznego odszkodowania w wysokości 932 dolarów (1 milion Wonów) i sprawę wygrał. Zachęcony tym przykładem południowokoreański lud pracujący miast i wsi poszedł za ciosem i do sądu z podobnymi wnioskami wystąpiło kolejnych 27 tys. osób. Widać tutaj jak na dłoni że Apple ma spore szczęście - drapieżny kapitalizm mocno już zatomizował społeczeństwo Korei Południowej skoro z pozwem wystąpiło ledwie pół promila potężnego 50 milionowego narodu. Gdyby, dajmy na to towarzysze zza północnej granicy wcześniej doszlusowali byli ze swym bogactwem do braci z południa, przynajmniej na tyle żeby na gadżety Apple'a móc sobie pozwolić to przy ich kołchoźnianej świadomości i kolektywnej organizacji Jabolowcy od Jobsa mieli by do czynienia z pozwem zbiorowym obejmującym, bagatela, 22 miliony dusz.
Jak się cała historia zakończy - zobaczymy, niezależnie jednak od finału jest ona dla mnie niezłym punktem wyjścia do paru uwag, które chciałbym Ci tutaj droga Czytelniczko i drogi Czytelniku przedłożyć.
Otóż jeśliby wierzyć źródłu, pozywający pozew swój argumentują przede wszystkim uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym i ogólnym smutkiem żeby nie napisać deprechą jaka zaatakowała ich w momencie gdy dowiedzieli się, że są obiektem niezdrowego zainteresowania wielkiego jabolowego brata. Musiał to być, nawiasem mówiąc, podobny rodzaj szoku jaki przeżyli wszyscy fani teletubisiów gdy okazało się, że jeden z tych potworków siedział był w szafie a gdy z niej wreszcie wylazł to jako, o zgrozo homotubiś.
Znamiennym jest przy tym, że obywatele bredzą coś o rozstroju emocjonalnym, zamiast powiedzieć wprost, że na żadne podglądactwo się nie godzą, że to urąga ich godności i przekracza granice jakiejkolwiek przyzwoitości. Niby pan Kim Hyeong-seok coś o prawie do prywatności przebąkuje, ale to dopiero powiązana z organami władzy Komisja Łączności zwróciła uwagę, że działanie Apple nie mieści się w obowiązujących regulacjach i bez zbędnych ceregieli nałożyła na firmę dodatkową grzywnę w wysokości (koń by się zresztą uśmiał) 3 milionów Wonów.
Oczywiście Apple być do śmiechu nie może, bo jeśli proces przegrają ich konto uszczupli się o okrągłe 26 milionów zielonych a kto wie czy tego rodzaju rozstrzygnięcie nie spowoduje lawiny podobnych wniosków.
Pomijając jednak aspekt finansowy trudno nie odnieść wrażenia, że w obecnym momencie dziejowym ludzka prywatność to towar nie tyle nawet deficytowy, co wręcz coraz częściej niepożądany. Pal sześć wielkie korporacje, które siedzą w korporacyjnych budynkach i nałogowo korporacjonują - taka już ich podła natura. Ale zwykli śmiertelnicy o swoją prywatność powinni się choćby odrobinę zatroszczyć.
Wiadomo - jak się pisze pod własnym nazwiskiem popularnego bloga, zakłada konto na fejsbuku etc. to z definicji, wydawałoby się, bajki o prywatności lepiej sobie darować. A jednak informacje, które tutaj także między wierszami o sobie zamieszczam staram się pieczołowicie reglamentować, choć przecież wiara we własne pióro każe mi możliwie szeroko epatować własną pokręconą umysłowością w przekonaniu, że to o czym mówię jest w ten czy inny sposób ważne.
Natomiast wystarczy rzut oka na popularne usługi Gógla czy Fejsbuka i nagle okazuje się, że sami, bez żadnego przymusu możemy jednym kliknięciem oznaczyć aktualne miejsce pobytu i dodatkowo tak skonfigurować nasz telefon, żeby informację tę systematycznie w danym portalu społecznościowym odświeżał.
Jakkolwiek paranoicznie to zabrzmi to stopień naszej inwigilacji tylko za pośrednictwem sieci, bez naszej wiedzy i zgody czy to za naszym łaskawym a lekkomyślnym błogosławieństwem jest właściwie nieograniczony. Proszę zwrócić uwagę jak sprytnie Gógiel potrafi dobrać pod użytkownika treść wyświetlanych na danej stronie reklam - jeśli poszperam po internecie w poszukiwaniu informacji o produkcji miodu na Madagaskarze, ba, jeśli na ten temat napiszę do znajomego/ znajomej maila, mogę być pewien, że wkrótce kolejne strony internetowe zaproponują mi w formie reklam Ad(non)sense miód z pasieki spod Pierdziszewa i dwutygodniowe wczasy na wschód od wybrzeży Mozambiku.
Być może jednak ten nasz ekshibicjonizm wcale nie jest taki zły. Ostatecznie, kto wie czy ta permanentna inwigilacja w parze z rosnącą ludzką aktywnością nie doprowadzą do stworzenia ogromnej informacyjnej fali, praktycznie nie do ogarnięcia dla tej czy innej instytucji. Gógiel wprawdzie z tym zalewem informacji zdaje sobie radzić, ale to mimo wszystko prywatna firma...
Na koniec jeszcze drobna konstatacja: w gazetach sprzed wieku istniała stała rubryka, w której z nazwiska wymieniano przybyłych do miasta w danym dniu gości wraz z miejscem ich pobytu. Jakby nie patrzeć, praktyka taka zadawała jawny gwałt wszelkim zasadom prywatności ale też o ile ułatwiała interesy! Troszkę nam się od tego czasu obyczaje zbiesiły, ale skoro proceder ten uprawiano we wspaniałym wieku XIX a świat nie zapadł się do wewnątrz to i dziś jakoś to wszystko chyba przeżyjemy. Chyba.

środa, 17 sierpnia 2011

Apolitycznie! Metalowo!

Rzecz działa się w zamierzchłych czasach kiedy wojska radzieckie rozpoczynały dopiero żmudną i nad wyraz skomplikowaną operację opuszczania sojuszniczego terytorium zaprzyjaźnionej Polski, a towarzysz generał czujnym ojcowskim okiem obserwował z piedestału rozwój wypadków polityczno-społecznych na niezmierzonych przestrzeniach między Odrą a Bugiem. Były to szalone lata, z których - przyznaję - pamiętam niewiele; w dzień chodziłem do podstawówki - czy była to zerówka czy już któraś z klas wyżej trzeba by pytać najstarszych górali, w nocy zaś zakładałem strój człowieka nietoperza i biegałem po dzielnicy strzegąc porządku lub imprezując z fantazją, jak nigdy potem.
W tym wspaniałym okresie pozostawałem pod przemożnym wpływem mojego starszego o trzy lata świetlne braciszka, który już wtedy słuchając oldschoolowego heavy metalu hartował swój charakter i urabiał moje id; demolował przy tym mą dziecięcą naturę i skacząc w rytm Fear of the Dark po pokoju i co czulszych członkach mojego jestestwa nie pozostawiał miejsca na żadne słabości. Tak, Amerykanie nie wymyślili Guantanamo, które przy tym wszystkim to pestka.
Czarne koszulki z hieroglificznymi nazwami undergroundowych zespołów, uczenie się członków metalowych kapel na pamięć, żeby nie zarobić przypadkiem po pysku od starszych kolegów, blaszane budy pełne magicznych kaset (widzieliście w ogóle kochani kasety?!), w których zarośnięty sprzedawca umęczoną facjatą skacowanego metala samą swoją powierzchownością budził respekt i wieczny jak się zdawało szacun - to wszystko składało się na niepowtarzalny, gęsty klimat początku lat dziewięćdziesiątych - czasu mojego wczesnego dzieciństwa, kiedy wielu z Was drodzy Czytelnicy nie było nawet na świecie. Żadne słowa nie są w stanie przekazać ile straciliście, a i mi niezręcznie jest o tym mówić teraz, gdy zamiast starych dobrych metali, punków, skinów i dresiarzy po ulicach snują się emo, emu, elo i inne nemo.
Dobrze, ale czemu właściwie o tym wszystkim piszę? Oto jakieś dwa tygodnie temu śniąc mary czarne jak smoła odwiedziłem cmentarzysko starych metali. Co tam widziałem i przeżyłem opowiem innym razem, grunt, że w efekcie wróciły wspomnienia dawnych dyskotek gdzie obok magicznego High hopes Pink Floydów królowały Nothing Else Matters i inne ballady chłopaków z San Fracisco, podczas których białogłowy przelewały nam się przez ręce, bynajmniej nie z powodu naszych walorów czy zasług albo, w co chcieliśmy wierzyć, prawionych komplementów ale ze względu na te nieziemskie dźwięki jakie gitarowi czarodzieje lat dziewięćdziesiątych wyciskali ze swoich cudeniek.
Wspominając te czasy, instynktownie sięgnąłem po Czarny Album Metallicy (choć muszę przyznać bez bicia, że kiedyś zdecydowanie więcej nasłuchałem się Ironów - ale "Fear of the Dark" dwudziestolecie obchodzić będzie dopiero za rok;). Jednocześnie zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że oto minęło równiutkie dwadzieścia lat od wydania tej płytki i z tej okazji jeden z portali internetowych wysmażył artykuł o wyższości Czarnego Albumu nad wszystkim co do tej pory w historii szeroko pojętego rocka powstało.
I tu, jako stary bezzębny już niemal metal chciałbym, hmm może nie zaprotestować ale w kilku zdaniach wyłożyć swój pogląd na sprawę.
Nie mam przy tym wątpliwości, że wspomniany krążek jest wyjątkowy z tym, że dla mnie wyjątkowość ta ma dwa wymiary, całkowicie zresztą różne od tego za co zwykle hołubi się Czarny Album.
Po pierwsze niesamowity był sukces komercyjny tego wydawnictwa i chyba przerósł on najśmielsze oczekiwania bezpośrednio zainteresowanych przy czym nie chodzi mi tylko o to, że udało się sprzedać miliony egzemplarzy płyty, ale nawet bardziej o to, że niektóre utwory po prostu stały się częścią ówczesnej i chyba również dzisiejszej jeszcze popkultury. Nawiasem mówiąc wśród nas zatwardziałych metali krążył wtedy taki niezbyt śmieszny żart - że owszem wszyscy słuchają Metallicy, ale tylko ballad - zresztą na straganach pod halą targową (takie dziwne miejsce w Krakowie pamiętające czasy prlu) można było spotkać pirackie kasety z domowymi kompilacjami najlepszych ballad (i tylko ballad) zespołu.
Po drugie tym dziwnym zarośniętym chłopcom w czarnych koszulkach i wiecznie zmarszczonym czołem udało się dotrzeć do tzw. szerokiej publiczności - to tak jak z krwawą piosnką Where the wild roses grow Nicka Cave'a, którą z niezrozumiałych dla mnie powodów nucą sobie zarówno zakochani na randce jak i rozmarzona nauczycielka na przerwie w szkole.
A muzyczna wyjątkowość Czarnego Albumu? Cóż, kilka lat potem nadeszły Load i Reload i środowisko metalowej konserwy zaczęło się krzywić, że co to w ogóle jest, że Metallica skończyła się na Kill'em All etc. etc.
Moim skromnym zdaniem na całym Load i Reload materiału jest co najwyżej na jeden niezły krążek, ale powiedzmy sobie wprost - czarna płytka stylowo od tych dwóch wydawnictw właściwie nie odbiega - słychać różnicę w postprodukcji, a i same utwory są ciekawsze, ale w zasadzie mamy do czynienia z gatunkowo bliźniaczym materiałem!
Pisanie, że Czarny Album to jakiś przełom w historii muzyki to w związku z tym gruba przesada - owszem był to przełom dla Metallicy, która wówczas wypłynęła na szerokie wody popkultury, był to również ważny moment dla heavy metalu i rocka w ogóle, bo stacje muzyczne i producenci zorientowali się że na mocnym gitarowym graniu też można co nieco zarobić. Ale to tyle, poza tym nie stało się nic; nie powstał żaden nowy muzyczny styl czy jakość.
Nam, zajawionym na punkcie tej muzy dzieciakom udało się poprzytulać trochę do dziewczyn na dyskotekach, parę osób zaczęło się uczyć grać na gitarach, ktoś inny spłukał się na pozostałe kasety Metallicy i innych zespołów i już. Nic więcej.
Czarny Album na stałe zapisał się w annałach muzyki i tego oczywiście nie neguję. Co więcej, wiem że i na cmentarzysku starych metali cieszy się on niesłabnącą popularnością, ale podnoszenie tej płytki do roli jakiegoś wyidealizowanego bożka budzi w sercach starych wyjadaczy słuszny sprzeciw. Polecając go więc dzisiejszym młodym gniewnym jednocześnie z całą mocą zaznaczam: Czarny Album to nie alfa i omega heavy metalowej sceny lat 90. Posłuchać i zachwycić się jeśli ktoś takie brzmienia lubi - warto ale też i nie trzeba przy tym zapominać o innych fajnych krążkach tego czasu - choćby wspomnianym już wydawnictwie Ironów.
A na koniec kawałek z tamtych szczególnych lat.

środa, 10 sierpnia 2011

Burza mózgów

Wakacje pełną gębą, czas na słodkie leniuchowanie, łakome wąchanie kwiatków, radosne gapienie się w obłoki, liczenie gwiazd w odbijającym niebo jeziorku i fusów przemierzających leniwie bezkresne herbaciane odmęty - słowem czas na notoryczne nicnierobienie.
Proceder ten przybrał wśród moich przyjaciół rozmiar prawdziwej recydywy a kompani moi zupełnie się z nim nie kryją, przeciwnie, zdają się być nawet dumni, że w ten właśnie, a nie inny sposób spędzają wolne chwile. Mi pozostaje wzdychać rzewnie i wieczorami gdy mnie odwiedzają słuchać łapczywie ich barwnych opowieści, tym bardziej, że co i rusz przydarza im się coś niesłychanego. Ostatnia ich przygoda prawdziwie mnie jednak zdumiała a przy tym rozbawiła co niemiara, tak, że czym prędzej postanowiłem ją narysować. Oto bowiem, miś Carlos wraz z druhami wziął udział w prawdziwej acz mimowolnej burzy mózgów jakiej nie powstydziłyby się najszacowniejsze gremia siwobrodych mędrców. Jak do tego doszło - zobaczcie!








wtorek, 9 sierpnia 2011

Ryzyk fizyk czyli co dalej jest?

W zasadzie miałem Was drodzy czytelnicy po raz kolejny pomęczyć modnym ostatnio tematem pod tytułem "Ameryka też się sypie" i przyprawić te wywody szczyptą złośliwości w stronę agencji ratingowych ale uprzedził był mnie już w tej materii Cynik, który krótko i celnie raczył cały ten cyrk podsumować. Na dobrą sprawę nic dodać, nic ująć tym bardziej, że nigdy nie miałem nadmiernej ambicji rozprawiania tu o gospodarce - od tego są lepsi - choćby wspomniany Cynik czy znany rekin londyńskiej finansjery pan Anarch. Dlatego pozwolę sobie tylko perfidnie zachichotać i w jednym zdaniu zadumać się nad piep....m losem tych wszystkich medialnych kataryniarzy, którzy ratingi Standard and Poor's czy Moody's rzeczywiście zdają się traktować serio.
Jakiś czas temu niejaki pan profesor co to już dawno miał odejść ale nie odszedł (czym doprowadził pewnego charakterystycznego polityka, niech mu ziemia lekką będzie, na skraj nerwowego wyczerpania a jak to się skończyło wszyscy wiemy) pokusił się o dość dziwaczną artystyczną instalację w samym sercu Warszawy; od tego momentu ustrojstwo to nie daje spać okolicznym wróbelkom, i bez ustanku miga kolorowymi cyferkami licząc, jak szepce warszawska ulica, karciane długi ekipy rządowej. Niestety, jak to ze sztuką nowoczesną bywa szersza publika dzieło pana profesora zlekce sobie ważyła; z odsieczą zranionej dumie popędzili jednak dzielni Amerykanie Północni (zrzeszeni w tzw. Stanach), którzy zachwyceni pomysłem ordynarnie go skopiowali i stworzyli swój własny zegar długu, dając autorowi tym samym jedyną w swoim rodzaju satysfakcję. Jednocześnie, jak to zwykle w przypadku Jankesów bywa, trzeba przyznać, że za rzecz wzięli się z właściwym sobie rozmachem i w efekcie ich zegar jest zdecydowanie bardziej imponujący.
Patrząc na szalejące tam jak w amoku cyferki można by się nawet zmartwić gdyby nie to, że przecież 2 sierpnia doszło do porozumienia i gospodarka USRA zostanie wkrótce niechybnie uratowana, między innymi poprzez cięcia w publicznym za przeproszeniem systemie ochrony zdrowia Medicaid.
Wprawdzie na oficjalne reformy trzeba będzie jeszcze poczekać, prywaciarze jednak już teraz zakasali rękawy i wyszli na przeciw projektom administracji p. Barracka Husseina Obamy. Inicjatywie przodują przekwalifikowane na tę okazję znane i lubiane agencje Standard and Poor's, Moody's oraz Fitch, które zostawiwszy w tyle pomysły Michaela Della przeprowadzają zakrojone na ogromną skalę badania amerykańskiej krwi nie mogąc przy tym chwilowo dojść do jako takiego choćby ładu i orzec czy w jankeskich żyłach bulgoce krew o ratingu AA+ czy AAA.
Gdyby tymczasem nieszczęśliwie okazało się, że zrzeszonym Amerykanom w ogóle nieco krwi brakuje, to pierwszym dawcą będzie niezawodnie Wielka Brytania, bo co jak co ale nieokiełznane harce na przedmieściach Londynu, każą sądzić, że ta ma krwi aż za dużo i należałoby jej cokolwiek upuścić aby nastroje społeczne wreszcie opadły.
Jak się sytuacja rozwinie, przekonamy się już wkrótce, ale śmiem twierdzić, że najbliższe dwa miesiące upłyną względnie spokojnie i w ogóle nihil novi sub sole przynajmniej dopóki kolejne europejskie kraje nie dołączą do PIIGS a w Stanach przymiarki do kampanii prezydenckiej reanimują publiczną (tfu!) debatę o (nie)ładzie gospodarczym dzisiejszego świata.

Na boku, na szybko, na brudno i nawiasem mówiąc

Nie potrafię powstrzymać się od krótkiej refleksji: ładnych kilka dni temu, w czasach gdy Frank Szwajcarski kosztował około 3,5 złotego zamierzałem skrobnąć tu posta, że właściwie nie widzę powodu żeby cena Franka wkrótce nie osiągnęła 4 złotych. Oczywiście dziś jest już musztarda po obiedzie i jakiś szczególny rispekt i szacun ani nawet skromny nobel z powodu tej błyskotliwej analizy niestety mi nie grożą - w ogóle nie zdziwię się jeśli drogi Czytelniku machniesz ręką i stwierdzisz, że autor zwyczajnie się przechwala, na dodatek robi to nieudolnie, bo moment do tego typu wynurzeń minął z końcem ubiegłego tygodnia.
Tymczasem bez zbędnych wahań, ufny we własny aparat organoleptyczny, niniejszym dobrowolnie podnoszę sobie poprzeczkę i stwierdzam wszem i wobec, stawiając kasztany przeciwko orzechom, rzucając perły przeciw wieprzom (albo świniom z PIIGS;) i ryzykując swoje wąsy przeciw ostrzu brzytwy, że nic nie stoi na przeszkodzie aby za trzy tygodnie Frank zdruzgotał złotówkę i zdemolował funta osiągając cenę 5 zł.
Co więcej dochodzę do tego wniosku na podstawie tych samych przesłanek co tydzień temu - przesłanek, co ważkie, zgoła pozaekonomicznych!
Otóż proszę się nie dziwić, że dany papierek z nadrukiem popiersia Jerzego Waszyngtona, czy Le Corbusiera jest wymienialny na przykładowo ileś tam innych papierków z Mieszkiem I. Od czterdziestu lat mamy do czynienia z pieniądzem fiducjarnym a fides to z łaciny wiara i rzeczywiście tylko głupiej wierze i czyimś tam fantastycznym rojeniom zawdzięczamy takie a nie inne relacje cenowe między walutami. Że upraszczam? Z pewnością, ale rzeczywistość to uproszczenie coraz bardziej potwierdza.
Tymczasem złoto bije sobie spokojnie kolejne rekordy i proszę zapamiętać moje słowa - na dwóch tysiącach za uncję się nie skończy - przeciwnie, wtedy to dopiero się zacznie!

sobota, 6 sierpnia 2011

Zielona Atlandyta

Wielce szanowny i poważany pan płemieł Donaldu Plusku ma w zwyczaju przyrównywać nasz umęczony Kraj Przywiślański do zielonej wyspy, przy czym muszę przyznać, że geneza tej swoistej komparatystyki do niedawna jeszcze pozostawała dla mnie - maluczkiego, owianą jakby mgłą (sic!), niezgłębioną tajemnicą. No bo nie dość że wyspa to jeszcze zielona. 
Czy Donaldu uległ tutaj jakimś mirażom i spodziewa się że wskutek nieuchronnego ocieplenia naszego grajdołka teren między Łabą (tak! Łabą!) a Bugiem porośnie wkrótce gęsta jak na przesmyku Darien dżungla? Czy może płemieł nasz umiłowany poddał się był nieodpowiedzialnym podszeptom ekoterrorystów z (nomen omen) greenpiss i Niechlujni Europejskiej i wkrótce podniesie rękę za uchwałą ograniczającą akcje emisyjną spółki CO2 i w powietrzu będzie więcej powietrza a w podatkach więcej podatków? 
W takim jednak przypadku czy by mu naród lekkomyślnie podniesionej ręki przy jakiejś przyszłej okazji nie odrąbał, tego pewnym być nie sposób, chociaż Donaldu chyba takiej groźby serio nie bierze; więcej zamiast tego zwyczajnie robi sobie z nas jaja i plotąc trzy po cztery przez pięć o Zielonej Wyspie diagnozuje tym określeniem tubylców, przyrównując ich do takich dajmy na to Papuasów albo innych prymitywnych plemion z Wysp Zielonego Przylądka. To by się nawet, trzeba uczciwie przyznać, zgadzało - bo proszę spojrzeć: co jak co ale od dwudziestu lat dajemy się nieustannie chędożyć bez przysłowiowego mydła tym samym smutnym panom w czerwonych krawatach. To już nawet nie jest frajerstwo, raczej głęboki niedorozwój i tylko wrodzony takt i smak pana płemieła każe mu nazywać nas "zielonymi" zamiast zwyczajnie debilami.
Rozważałem jeszcze inne wyjaśnienie zaklęcia "Zielona Wyspa". Otóż "zielone" to jak wiadomo potocznie mówiąc dolary, istnieje więc szansa że o czymś nie wiemy i do naszego kraju jakowymiś kanałami regularnie dopływa strumień "zielonych", gdzie jednak trafia i co się z nim dzieje tego my, maluczcy raczej nigdy się nie dowiemy. 
Ostatnią ewentualnością, która przychodzi mi do pustej łepetyny (a z pustego i Salomon nie naleje) jest to, że pan płemieł od kilku lat konsekwentnie prowadzi kampanię informacyjną dotyczącą polskich rezerw NBP, których jedynie kilka % stanowi złoto a reszta to różnokolorowe papierki, którymi, gdy kryzys rzeczywiście uderzy będziemy się mogli wszyscy wesoło, łącznie z panem płemiełem podetrzeć. Oczywiście dla kasty rządzącej to żaden problem i JE Donaldu dalej w najlepsze gra sobie z nami w zielone, tym bardziej, że bez większego wysiłku udaje mu się obchodzić zasady w ten oto sposób, że gdy nikt nie patrzy mu na ręce zaciąga sobie różne dziwne zobowiązania w postaci "stabilizujących" nasz budżet elastycznych linii kredytowych z MFW. A w czym zaciąga? No w US Dollars rzecz jasna! (A taki Bill Clinton jaki był taki był ale przynajmniej się nie zaciągał).
No nic, co będzie to będzie, a jakoś przecież być musi. Ja tylko mam takie sprośne skojarzenie, że jak tak dalej pójdzie to ta nasza Zielona Wyspa zniknie nagle i niespodziewanie jak Atlantyda i pozostanie po niej szczególnie niechlubna legenda. Ale lepiej nie być prorokiem we własnym kraju, więc kończę i pozostając w awanturniczej tematyce wysp i burzliwych odmętów oceanów - muzyczka: 


piątek, 5 sierpnia 2011

Z pozdrowieniami dla Mondrego Żorża

Hulaj dusza piekła nie ma! Przynajmniej do czasu jak się nie okaże że jednak jest. Ale póki się nie okazuje to jeśli dalej będziemy myśleć że się nie okaże to może faktycznie się okaże że się nie okaże. Nie wiem czy tego rodzaju myślenie, mające wszelkie znamiona koktajlu myślenia magicznego i perwersyjnej głupoty można uznać za jakoś szczególnie rozsądne, ale koniec końców logika ta wydaje się być całkiem powszechna w dzisiejszym świecie, a ja jako biedny, błędny, choć nie pozbawiony przebłysków geniuszu rycerzyk nie czuję się na siłach by perswadować bandzie baranów i zdeprawowanych polityków-politruków że Jej Szara Eminencja Rzeczywistość ma się nijak do ich fantastycznych wyobrażeń.
Nie potrafię natomiast powstrzymać się od śmiechu gdy czytam kolejne depesze z frontu walki z kryzysem, z którym nota bene Eurozadupie i reszta świata bohatersko i niezłomnie zmagają się już od kilku ładnych lat. Siadając do tego posta przejrzałem sobie wybiórczo (brrr) poprzednie moje wpisy i tak mi jakoś wyszło że niniejszego bloga zakładałem kiedy Kryzys już wyglądał zza winkla i w ogóle zdradziecko czaił się za rogiem czekając tylko na sposobność by zadać dotkliwy cios. Teraz mamy rok 2011 i o ile nasz stary dobry znajomy, bo chyba o Kryzysie mogę już tak mówić, dawno zza węgła wylazł i objawił nam wszystkim swoje chmurne oblicze o tyle okazało się, że gadzina jest większa niżby się tego można było spodziewać i właściwie jeszcze nie ujrzeliśmy jej w całości. I na to przyjdzie pewnie stosowna pora; oby tylko nie okazało się że ministrowie finansów poszczególnych państw i w ogóle politycy in extenso zafundują nam biednym owieczkom z tej okazji nie tylko dodatkowe strzyżenie (oczywiście dla naszego dobra - zresztą klimat się ociepla a jak się ma za dużo wełny to się człowiek tylko poodparza) ale prawdziwą hekatombę co by bestię obłaskawić, ujarzmić i uczłowieczyć (chyba jak Romek i Atomek Tytusa).
Ostatnio do łez rozbawiła mnie sytuacja w Stanach Zjednoczonych (USRA) gdzie z zadłużeniem wojuje się... podnosząc limit zadłużenia. Wyobrażacie sobie to Państwo i Wy moi drodzy czytelnicy? Oto idę sobie do sklepu robię zakupy za 1000 złotych a przy kasie płacę stówę. Po czym przychodzę na następny dzień robię zakupy za kolejne 1000 złotych a kasjerce znowu wręczam stówę i patrząc jej głęboko w oczy, ciepłym radiowym głosem oznajmiam jej, żeby się nie martwiła bo wczoraj wieczorem gapiąc się w lustro przy goleniu przeprowadziłem ze sobą poważną rozmowę i przekonałem sam siebie, że stać mnie na to żeby zadłużyć się u niej w sklepie jeszcze spokojnie na 3 razy tyle.
A komizm całej sytuacji polega na tym, że kasjerka zamiast mnie zrugać, pozwać do sądu lub wystąpić o zapłatę w naturze, co byłoby wyjściem salomonowym i ze wszech miar dla każdej ze stron korzystnym, ze zrozumieniem kiwa głową uśmiecha się i klepie po plecach (po pośladkach, choćbym chciał nie może bo jeszcze bym ją pozwał o odszkodowanie - a co, człowiek zadłużony to się różnych sposobów na dorobienie ima).
I wszyscy są szczęśliwi, dzienniki telewizyjne, prasa i internet całkiem serio informują, że kryzys udało się oddalić!
Kochani, ja od 10 lat wmawiam sobie że pewnego dnia będę sławny i bogaty. I co? Pstro! No ale za mną cholera nie stoi powaga żadnego parlamentu a moich maluczkich interesów nie da się pogodzić, ba, choćby nawet i porównać z wiekopomnymi wizjami i zamierzeniami smutnych panów w czerwonych krawatach którzy w gmachach państwowych zasiadają. I może w tym cały wic?

wtorek, 23 listopada 2010

En Garde!

"En garde!" - krzyknąłem ostatnio Carlosowi na powitanie, a zobaczywszy jego zdziwioną minę zaraz wytłumaczyłem się z tej osobliwej, lecz przecież przyjacielskiej zaczepki. Z wielką dumą począłem mojemu dzielnemu druhowi wyłuszczać cóż to zawołanie właściwie znaczy, i że sam przyswoiłem je sobie niedawno podczas lekcji szermierki na jakie uczęszczam.
Carlos wprawił mnie jednak w niemałe zdumienie, gdy odrzekł, że wyrażenie to zna doskonale, jego początkowa konsternacja wynikała zaś z faktu, że jestem kolejną osobą z kręgu naszych wspólnych przyjaciół, która w krótkim czasie zainteresowała się fechtunkiem.
Ja, nic o tym dotychczas nie wiedząc, miałem nadzieję nieco zaskoczyć Carlosa i zainteresować go tym arcyciekawym sportem. Tymczasem okazało się, że kompan mój, jest szermierzem bądź co bądź wytrawnym i wcale utalentowanym, a nadto na wyraz pomysłowym. Na dowód tego opowiedział mi taką oto historię:


piątek, 1 października 2010

Komputer

Uff... Trwało to doprawdy długo, dysputy były zażarte i ciągnęły się późno w noc. Rozważaliśmy wspólnie wszystkie za i przeciw, i choć po części próbowaliśmy uzmysłowić sobie wszystko to, co jak się koniec końców okazało, wyobrażone być nie może. Mimo niepewności co do skutków tej decyzji Carlos ostatecznie uznał za stosowne na dobre zaistnieć w sieci i czym prędzej założyć własną skrzynkę pocztową.
Nie powiem, byłem nieco zdziwiony gdy po raz pierwszy przedstawił mi ten koncept - dobrze znam mojego przyjaciela i wiem że nigdy nie przedłożyłby choćby minuty przed szklanym ekranem nad pospolity spacer po lesie. A przecież nie sposób zaprzeczyć, że nawet miś ma swoje życiowe sprawy, w których internet okazuje się niezastąpiony.
Bo w rzeczy samej, nie wszyscy nasi znajomi są blisko nas, czasem ktoś gdzieś wyjedzie, czasem to my tułamy się tam i sam.
Przyklasnąłem więc Carlosowi i niezwłocznie użyczyłem mu swój komputer - okazało się jednak, że druh mój ma nie lada problem z jego obsługą. Przez chwilę myślałem że z planów misia nici, na szczęście Carlos szybko znalazł rozwiązanie i zgrabnie wybrnął z tarapatów, po raz kolejny imponując mi swoim dowcipem.






środa, 30 czerwca 2010

Nowa strona Misia

Uwaga, uwaga! Krótki komunikat. Carlosowi tak spodobały się historyki o nim samym, że folgując nieco pysze poprosił mnie o założenie jego własnej strony. Ponieważ Carlos to mój druh i kompan na dobre i na złe nie dałem się długo prosić. Strona misia znajduje się tutaj. Są na niej na razie wybrane historyjki - uzgodniliśmy z Carlosem, że jeśli kiedyś jego przygody doczekają się wydania papierowego to przy okazji uporządkuję jego bloga i uzupełnię o znane z mojego bloga pozostałe humoreski. Od tej pory przygody misia będę starał się publikować równolegle w obu miejscach, gdyby zaś komuś spodobało się odwiedzać przede wszystkim stronę Carlosa to linkę do niej znajdzie w kolumnie po prawej.

Wiosna!

Ani żeśmy się z misiem obejrzeli a tu już - trzask, prask! przyszła wiosna i na dobre zadomowiła się nie tylko w naszych ukochanych górach i dolinach, ale przemogła wrodzoną nieśmiałość i zawitała również do naszego szaroburego miasteczka.
A więc stało się: "Stuknęła nam kolejna wiosna" - skonstatowaliśmy z paczką przyjaciół chórem, czując że fakt ten zasługuje przecież na szczególnego rodzaju celebrację. Nie namyśliwszy się nawet, czym prędzej wygoniłem towarzyszy za drzwi, podejmując się tym samym karkołomnego zadania organizacji godnego tej okazji koktajl party. Podczas gdy ja żmudnie mieszałem hektolitry mlecznych mikstur z kawałkami co bardziej egzotycznych owoców i - a jakże! - czekolady, przyjaciele moi szwendali się tam i sam bez celu.
Gdy ponownie zapukali do drzwi, nie mogłem nadziwić się ich przemianie. Wbiegli zaaferowani, zaspani, jakby w amoku, i zahaczywszy o łazienkę gdzie obmyli zakurzone lica w te pędy udali się do pokoju. Tam przebrali się w pośpiechu i zanim zdążyłem ich zagadnąć wylecieli z domu.
Chcąc nie chcąc koktajl party przełożyłem więc na wieczór i staczając dzielny bój z grożącą mi nudą oczekiwałem na powrót druhów, raz po raz kosztując przygotowane smakołyki. Kiedy już od obżarstwa niemal się pochorowałem, wesoła gromadka moich kompanów przybyła z nową historią, którą opowiedziała mi przy szklance mleka i z ustami pełnymi resztek słodkich ciasteczek.





poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Święta!

Kochani,
Razem z misiem Carlosem składamy Wam najserdeczniejsze świąteczne życzenia tego co najpiękniejsze, bogactwa ducha i spokoju serca.

wtorek, 16 marca 2010

Wiosna, ach to Ty!

Po wielkich mrozach przyszło z dawna wyczekiwane ocieplenie. Wesołą gromadkę moich serdecznych przyjaciół od jakiegoś już czasu rozpierała energia, kiedy więc temperatura nieco wzrosła a zza chmur coraz śmielej poczęło wyglądać słońce nie oparli się pokusie urzekających widoków i marząc o promienistej sławie wybitnych górskich zdobywców wybrali się na pobliskie szczyty których wierzchołki, jak sam się kiedyś o tym przekonałem, znajdują się powyżej zawrotnej granicy ośmiu tysięcy milimetrów nad poziomem morza.
Na próżno ostrzegałem, że pogoda ciągle nienajlepsza, bardzo przy tym niestabilna i niepewna, że w ogóle zupełnie jeszcze nie czas na jakiekolwiek poważniejsze eskapady - machina wybujałej wyobraźni ruszyła i nie sposób jej było zatrzymać, odwołując się li tylko do rozsądku.
A jednak do wyprawy kochani moi przyjaciele postanowili przysposobić się jak najlepiej - czapki, rękawice, kurtki i ciepłe buty - wydawało się że pomyśleli o wszystkim. Spodziewałem się wprawdzie, że Carlos będzie postrzegał sprawę przygotowania cokolwiek inaczej ale tym razem miś przeszedł samego siebie. Byłem przerażony gdy zamiast czapki na jego futrzanej łepetynie ujrzałem duże słoneczne okulary a zamiast grubej kurtki... Zresztą zobaczcie sami. Ostatecznie przecież wszystko skończyło się dobrze, przyjaciele wrócili szczęśliwi i pełni wrażeń, choć zgodnie z moimi przewidywaniami, kompletnie dali się zaskoczyć pogodzie.





poniedziałek, 15 marca 2010

Premierowa niedziela cz. 2 - przełożona!

Kochani!
Skandal to niemalże międzynarodowy, ale druga dzisiejsza premiera - misia Carlosa - odwołana! Do popołudnia nie mogłem zmusić skanera do pracy, potem opuściłem domowe przybytki i wróciłem dopiero teraz. Carlos już smacznie śpi więc nie będę go budził; jak skaner przestanie się wygłupiać i zacznie hulać to premiera na dniach - jutro lub we wtorek.

niedziela, 14 marca 2010

Premierowy weekend

Uwaga, uwaga!
Panie i panowie, ladies und dżentelmens. Oto premierowa, tłusta niedziela, pełna nowości, nieoczekiwanych zwrotów akcji i świńskich zdjęć żeby wkurzyć cenzorów i wywołać skandal. Wieczorem najnowsza, mrożąca krew w żyłach historia Misia Carlosa - ku przestrodze wszystkim górołazom. A już teraz najgorętsza premiera tego roku, jedyny i niepowtarzalny opus nr 1 czyli mój najwłaśniejszy utwór muzyczny na fortepian, dwie ręce i za przeproszeniem pedały.
Ale najpierw tytułem wstępu: dwa lata niemalże zajęły mi prace nad tą kompozycją. Siadałem do niej rzadko i nieregularnie, a czasem nawet - jako człowiek leniwy i gdy idzie o muzykę niezbyt lotny wręcz niechętnie a jednak się udało.
Przy okazji już dziś zapraszam na kolejną premierę, kiedy - nie wiem, pewnie za kolejne 24 miesiące - to mniej więcej tyle ile trwa ciąża u nomen omen słonia - jak się pośpieszę to bydlę zajęte odchowaniem sysaka nie zdąży mi zaatakować kopem karate drugiego ucha i świat pozna opus nr 2 - jeszcze zresztą nie zaczęty.
A właśnie tu jeszcze jedna ważna informacja: ponieważ dziełko moje trwa około dwie minuty to łatwo obliczyć, że utrzymując to tempo już za jakieś 40-60 lat uzbieram materiał na całą płytę do kupna której oczywiście zachęcam.
A teraz:



(Owacja!)