Tak, stało się, Wasz ukochany pisarz, genialny blogger, władca kosmosu, zabójca pcheł, wesz i mrówek, przyjaciel karaluchów i muflonów powrócił z dalekiej wędrówki po hameryce i mrocznych zakątkach własnego obłędu. I od razu postanowiłem przywalić z grubej rury, wielgachnej jak krowa berty, z dużego, mówiąc krótko, kalibru, wypalić szybko i bezbłędnie z bioderka, posyłając trzy pociski stylem wachlarzowym w serce i jądra ciemności i zamieścić ten poniższy tekst. Jest to okrojony artykuł, który napisałem dla pewnego kobiecego portalu, ale że tam już od ponad dwóch tygodni nie potrafią podjąć decyzji gdzie te wypociny zamieścić i czy w ogóle (wiadomo: baby!;), to moja cierpliwość się skończyła. W końcu moi czytelnicy zasługują na pełen szacun (i pokłon, pokłon x3!), dlatego nie mogę dłużej grać z nimi ani w chowanego ani nie grać w butelkę i udawać, że nie istnieję i że nie można mi dać buzi. Bo można! Tylko proszę wcześniej o zapisy!
No to jedziemy. Artykuł jest jak wspomniałem wykastrowany (pozbyłem się niepotrzebnego tutaj wstępu), no i pisany (może trochę na siłę) pod dział "seks" gdzie miał się ukazać. Ale dzięki temu będziecie mogli zapoznać z paroma danymi statystycznymi, do których normalnie nigdy bym nie sięgnął (a pszesz czasem warto, nie?). Acha, tekst jest w wersji kuchennej, to znaczy, czekając na decyzję co dalej nie chciało mi się go jakoś specjalnie wygładzać, więc jeśli znajdziecie tam jakieś kwiatki, rodzynki albo inne kulombry to sorry Winetou.
No i nie dziwcie się jak w tekście mówią do mnie Antonio. Tak mam na drugie imię i Latynosom łatwiej było je zapamiętać niż Maciej, z którego w większości robili coś co pisało się Mache a wymawiało Macze. To w sumie i tak nieźle, bo jak sobie przypomnę jak Niemcy nazywali mnie Mazi to aż mi się żyłka napina i zaciskają pośladki. ARRRGGH!!!!
***
Pewnego dnia siedziałem sobie na górnym pokładzie niewielkiej barki, którą miałem nadzieję dostać się Jurado – ostatniego przystanku na mojej drodze do Panamy. Nieubłaganie zapadała noc; gęstniejący mrok leniwie opadał na uliczki portowej Buenaventury coraz szczelniej kryjąc ich brud i nieporządek. Spowijające niebo chmury, zakryły przed ludzkimi oczami gwiezdne pejzaże, może więc dzięki temu, Buenaventura po raz pierwszy odkąd do niej przyjechałem wydała mi się piękna. Patrząc z perspektywy przystani uderzył mnie rozmiar miasta, które rozciągało się szeroko, wrażenie potęgowały rozdzierające ciemność światła nabrzeża. Kontrastowały one silnie z chaotycznie wyżłobionym, północno – zachodnim brzegiem, na który składały się skąpane w soczystej zieleni, niezmierzone mokradła.
Kapitan łajby, choć niewysoki, to wzbudzający jednak szacunek siwy Latynos, był prawdziwym człowiekiem interesu, dlatego według starej zasady „czas to pieniądz” od brzegu odbiliśmy dość pospiesznie, bo już dzień po planowanym pierwotnie terminie, a dodatkowe, trzy godzinne opóźnienie jakie zanotowaliśmy przy załadunku dokuczało tylko o tyle o ile przeszkadzać mogą ukąszenia komarów. Te natomiast wymęczone upałem i zalegającą w powietrzu, przytłaczającą wilgocią, w znakomitej większości po prostu dały za wygraną i nie uprzykrzały nikomu życia.
Zatopiony w myślach, badałem raz po raz atramentową taflę wody, to znowuż przenosiłem wzrok na pomarańczowe światła, które zamknęły miasto jakby w ciepłym kokonie. Buenaventura to jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Kolumbii, ale tym razem Illapa – inkaski bożek, opiekun pogody chwilowo poskromił swój charakter i okazawszy swą wielkoduszność, pozwolił cieszyć się zaletami podróży na górnym pokładzie.
Tymczasem, zanim barka rozpędziła się na dobre i tnąc fale Pacyfiku oddaliła od miasta, ja dorobiłem się już towarzystwa, które znalazłem, a którego, niech to będzie całkiem jasne, wcale nie szukałem. Biały jak papier gringo, z rudą do tego, choć ukrywaną skrzętnie pod czapką czupryną i takową brodą, wzbudzać musiał spore zainteresowanie wśród pasażerów łajby, zaś w tej stłoczonej czarnej ciżbie nie zabrakło kilku odważniejszych, wesolutkich Latynosów, zawsze skorych do rozmowy i żartów, szczególnie, gdy ich obiektem może stać się obcy. Sytuacja moja była przy tym tego jeszcze rodzaju, że znajdowałem się w dość niezwykłym dla przeciętnego turysty miejscu; wszystko to więc od powierzchowności poczynając, na położeniu kończąc intrygowało młode kolumbijskie umysły tak, że zanim się obejrzałem otoczyła mnie gromadka tubylców.
John i Johann, którzy od tamtej chwili towarzyszyli mi w podróży do Panamy mieli około 20 – 21 lat, wkrótce, bo jeszcze na statku, do drużyny dołączył Alfredo, najstarszy z nas, około 40 letni mieszkaniec Cali.
Po wymianie zwykłych uprzejmości i kilku chudych żartów z mojej osoby jeden z moich kompanów zapytał:
– Antonio, a jakie są polskie dziewczyny?
– Piękne – powiedziałem bez chwili namysłu.
– A wszystkie to blondynki? – padło kolejne pytanie.
– Nie, wszystkie są rude, jak ja – wypaliłem i na wytrzeszczone spojrzenie towarzyszów odpowiedziałem gromkim śmiechem. Dalsza rozmowa potoczyła się według znanego mi już, utartego schematu. Kiedy tylko Kolumbijczycy na podstawie moich obrazowych tłumaczeń zbudowali sobie obraz typowej przedstawicielki słowiańszczyzny, zaczęli nagabywać mnie o moją opinię na temat kolumbijskich niewiast.
– Piękne – podsumowałem krótko swoje wrażenia, zdobywając sobie sympatie rozmówców; ci zaś szybko zatopili się w marzeniach, wspominając te wszystkie śliczne senioritki, jakie kiedyś spotkali na swej drodze.
Od tamtej chwili temat kobiet powracał podczas wędrówki wciąż i wciąż, a fakt, że podróżowaliśmy głównie w męskim towarzystwie nie miał tu wcale większego znaczenia. Tacy już są Latynosi – większość z nich, od robotnika po managera i od nastolatka po emeryta po prostu nie potrafi dłużej niż przez 5 minut nie myśleć o kobietach.
Ostatecznie nie ma im się co dziwić – kolumbijskie dziewczyny potrafią być przepiękne i urocze ze swej natury zaś zachowują się uwodzicielsko, nierzadko wręcz prowokująco. W moim przypadku rodziło to wiele niepotrzebnych nieporozumień – kontakty towarzyskie często bowiem, już od pierwszej chwili opierają się na dotyku. Wszystko zaczyna się oczywiście od całusa w policzek, ale kluczowym elementem skomplikowanej układanki latynoskiego savoir vivre jest taniec.
Rzecz odbywa się niczym na najlepszych filmach przyrodniczych gdzie samczyk, który chce mieć jakiekolwiek szanse u partnerki musi wykazać swe umiejętności w tańcu godowym. Różnica sprowadza się jedynie do tego, że Kolumbijczyk powinien nie tylko sam rytmicznie poruszać biodrami, ale i poprowadzić zdecydowanie tancerkę w rytm salsy, bądź równie popularnych merenge, czy ballenato. Wizyta w jakimkolwiek klubie tanecznym nie pozostawia wątpliwości: najgorszy latynoski tancerz i tak jest lepszy od najsprawniejszego w tej dziedzinie europejczyka.
Taniec jest przy tym dopiero zaproszeniem do zabawy, jeśli dziewczyna to zaproszenie przyjmie, między partnerami szybko rozpoczyna się flirt, który młodzi Kolumbijczycy traktują z wielką naturalnością.
Ciągle zaskakiwała mnie przy tym jedna rzecz: to co jawiło się jak początek gorących amorów, było tylko miłą i niezobowiązującą formą spędzania czasu. Osoby, które, jak by się wydawało najwyraźniej miały się ku sobie ostatecznie nie przekraczały przyjacielsko ustanowionych granic. Zdarzało się, że zachowanie to, zwodnicze było także dla Kolumbijczyków, i oni bowiem gubili się nieraz w tych specyficznych towarzyskich grach i zabawach.
Natalia była malutką, roześmianą dziewczyną, obdarzoną ciepłym uśmiechem i szczerą gościnnością – cechami typowymi dla ludzi z północy kraju, mieszkających nad wybrzeżem Morza Karaibskiego. Już podczas pierwszego spotkania, po około pięciu minutach znajomości zaprosiła mnie do swego rodzinnego domu w Barranquilli; jako rasowy wagabunda nie mogłem oczywiście tego zaproszenia nie wykorzystać. Tak więc podczas kiedy, moja nowa znajoma pozostawała w stolicy, ja bawiłem w ogromnej willi u wybrzeży Karaibów przyjęty ciepło przez głowę rodziny i zawsze gotową do pomocy służbę. Gdy wróciłem do Bogoty z zamiarem odwdzięczenia się mojej dobrodziejce, uderzyła mnie wiadomość, że podczas mojego leniuchowania na Karaibach Natalia wzięła rozwód.
W rzeczy samej zjawisko to jest w Kolumbii bardzo częste i dawno już urosło do rangi poważnego problemu społecznego. Kiedy kilka lat temu rząd pod wrażeniem ponad miliona spraw rozwodowych, jakie oczekiwały w sądach na rozpatrzenie wprowadził rozwiązania prawne, pozwalające na rozwód w ciągu około godziny, na efekty nie trzeba było długo czekać.
W roku 2007 rozpadło się ponad 8 tysięcy małżeństw, co w porównaniu do roku poprzedniego stanowiło wzrost aż o 140%. Badania pokazują, że młodsze pokolenia rozwodzą się zdecydowanie częściej: podczas gdy wśród osób urodzonych w latach 50-tych ubiegłego wieku odsetek ten wynosi około 30%, to wśród dzisiejszych 40 latków sięga on aż 45%.
Kolumbia to kraj, w którym statystyczna rodzina posiada dwoje statystycznych dzieci. W praktyce wygląda to tak, że w miasta pełne są kobiet, które z różnych powodów ani na małżeństwo, ani na macierzyństwo nigdy się nie zdecydowały, na prowincji zaś dominują rodziny wielodzietne.
Jeśli o względnym szczęściu w przypadku Natalii w ogóle można mówić to chyba polegało ono jedynie na tym, że nie zdążyła ona zostać samotną matką, od których aż roi się na ulicach, w parkach czy autobusach kolumbijskich pueblitos. Problem ten był i jest powszechny; w odpowiedzi na niego najpopularniejsza w kraju sieć gastronomiczna, przez pierwsze lata swojej działalności zatrudniała tylko i wyłącznie samotne matki. Politykę tę zmieniono dopiero wówczas, gdy jakiś nadgorliwy urzędnik dopatrzył się w tym rozwiązaniu pogwałcenia zagwarantowanej w konstytucji równości praw.
Kolumbijczycy to naród bardzo przedsiębiorczy – z uwagi na pracowitość mężczyźni dość łatwo znajdują nielegalną pracę w malutkiej Panamie, parając się tam, niczym Polacy na zachodzie, budowlanką wszelkiego rodzaju. A jednak wyjechać nie jest łatwo; na granicy mężczyzn niemal z urzędu podejrzewa się o handel narkotykami, na kobiety natomiast patrzy się jak na przyszłe prostytutki.
Takie stereotypy są oczywiście krzywdzące, mimo to przyznać trzeba, że najstarszy zawód świata jest w Kolumbii legalny, a usług tego rodzaju nie trzeba specjalnie szukać, ot, istnieje spore prawdopodobieństwo, że spacerując po ulicy spotkamy jakiegoś dobrego wujka, który w razie potrzeby zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Ponadto w miastach całkiem jawnie istnieją „zonas de tolerancia”, gdzie wybór nocnych klubów, od tych bardzo ekskluzywnych do podrzędnych spelunek, jest ogromny.
Juan, z którym wypiłem niejedno piwo przekonywał mnie, że w lokalach takich, nierzadko pracują dziewczyny niepełnoletnie.
– Znajdziesz tam usługi wszelkiego rodzaju – powiedział mi kiedyś. – Wszystko czego szukasz. Cena może być różna, ale najdroższe są nastolatki. Taka jest zasada – im młodsza tym droższa. Najmłodsze dziewczyny mają około 14 lat.
Potwierdzają to statystyki i badania. Według Mayerlin Verqara Perez z pozarządowej „Fundacji Renacer” w obleganej przez turystów nadmorskiej Cartagenie prostytuuje się ponad 650 dzieci, a liczba ta od 10 lat systematycznie rośnie. Miasto to, jedno z najstarszych w kraju, liczące ok 900 tys. mieszkańców, choć do zaoferowania ma dużo więcej niźli seksturystyka, coraz częściej postrzegane bywa jako miejsce równie atrakcyjne do jej uprawiania co Kuba.
Wszystko to ma inny jeszcze aspekt: liczba osób zarażonych wirusem HIV nieprzerwanie rośnie i, mimo że nadal wynosi ona mniej niż 1% to zmienia się struktura zarażonych. Do niedawna, według informacji agendy Narodów Zjednoczonych, problem wirusa HIV dotyczył głównie mężczyzn w związkach homoseksualnych, obecnie ofiarą choroby pada coraz więcej kobiet – na terenach wybrzeża karaibskiego, co trzecia osoba zakażona wirusem jest płci pięknej.
Wracając do Juana, był to przemiły, trzydziestokilkuletni facet, zawsze uśmiechnięty i pomocny, nie tylko dla gringo; nie oczekiwał przy tym niczego w zamian, może prócz dobrego towarzystwa i rozmowy. Dlatego przy pewnej okazji opowiedział mi swoją historię: także i on przeszedł piekło rozwodu, tym razem jednak, to żona, po krótkim romansie z innym porzuciła go, zabierając ze sobą czteroletnią córeczkę.
Przypadek Juana to nie wyjątek – podczas podróży usłyszałem niejedną podobną opowieść. Ameryka Łacińska to miejsce gdzie kobiety bez wyjątku są na piedestale, zawsze wielbione i podziwiane; każda z nich potrafi wejść w rolę prawdziwej femme fatale – tak zwane równouprawnienie, jakkolwiek wszechobecne, nie odebrało im żadnego kobiecego atutu, potrafią więc z niezwykła zręcznością manipulować tymi groźnymi macho, jakich, według obiegowej opinii, wśród Latynosów pełno. Wykorzystując nierzadko związki jako sposób na podniesienie swojego statusu materialnego, są w stanie wokół palca owinąć sobie każdego mężczyznę, naturalnie równie łatwo potrafią go też porzucić.
Razu pewnego spotkałem Don Carlosa – głowę rodziny, niegdyś prawdziwego krezusa, mieszkańca Antiochii, o której mówi się, że jest kolebką przedsiębiorców i biznesmenów z prawdziwego zdarzenia, ludzi posiadających wyjątkowy dar kupczenia dosłownie wszystkim. Don Carlos był żonaty i szczycił się trójką wspaniałych dzieci, z czego najmłodsze pochodziło z niezalegalizowanego związku z kochanką; oprócz tego, że miał on bowiem żyłkę do interesów, cierpiał też na nadmierną słabość do kobiet. W efekcie, ponad połowę majątku stracił kupując kochankom mieszkania, samochody i biżuterię, w końcu, wykorzystany po raz kolejny popadł w alkoholizm. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego żona i dorosłe już dzieci – wspólnymi siłami udało się uratować Don Carlosa i część majątku, wystarczającą na dobre, wygodne życie.
Nieco inna historia spotkała Nhoemi, którą poznałem tułając się po iście rajskim parku Tyrona. Dziewczyna ta pracowała jako przewodnik, mieszkała zaś kilka kilometrów od parku na rodzinnej farmie, gdzie przyjmowała turystów. Jej rodzina była typowym kolumbijskim rodem: Nhoemi miała siedmiu braci, z których większość wraz z nią zawiadywała gospodarstwem. Ich matce wciąż nie brakowało werwy, ojciec natomiast całymi dniami bujał się leniwie na hamaku, z rzadka podrywając się gwałtownie, wtedy jednak znikał na kilka godzin. Rodzina żyła szczęśliwie, ale i ona przeżywała kiedyś ciężkie chwile, gdy lata temu, ojciec Nhoemi, ten obecnie przemiły staruszek, postanowił porzucić żonę i wrócić do rodzinnych stron. Pewnego więc dnia, bez żadnego powodu spakował swe rzeczy i przez kilka lat przebywał kilkaset kilometrów dalej, ciesząc się kawalerską swobodą. Tak samo jak nagle wyjechał, tak bez zapowiedzi powrócił i zastał dla siebie otwarte drzwi.
Tydzień przed odlotem do rodzinnych stron wracałem autobusem do Bogoty, długa to i męcząca była podróż, umilić ją miała muzyka i teledyski odtwarzane w drodze. Siedząc na wąskim fotelu, ściśnięty między trzema matkami, gapiłem się w telewizor, byle tylko odwrócić myśli od unoszącego się zapachu brudnej pieluszki, którą jedna z kobiet właśnie wymieniała. Na ekranie w kółko jedno i to samo, niczym ponury żart, kolejny Latynos śpiewa o nieśmiertelnej miłości wypłakując oczy w karczmie lub pod oknem narzeczonej, którą nieco tylko wcześniej zdradził, pech zaś jego polegał na tym, że wybranka wróciła do domu wcześniej niż powinna i w sypialni zastała swego oblubieńca w ramionach innej.
Pasażerowie zasłuchani w te pieśni nucą je sobie tęskliwie, a ja oddycham z ulgą kiedy wreszcie na ekranie pojawiają się pierwsze napisy zwiastujące najbardziej kiczowatą hollywoodzką superprodukcję.
Zanim odlecę do Polski jeszcze raz przypominam sobie chwile spędzone na barce.
– Antonio – pyta mnie mój młody towarzysz. – Jak będę miał kiedyś pieniądze to spotkamy się w Polsce. Chciałbym zobaczyć czy mówisz prawdę o polskich dziewczynach. Ale najpierw muszę trochę zarobić.
– I bez tego, z twoim latynoskim ogniem, zdobędziesz każdą dziewczynę – śmieję się do niego. Zaczyna padać schodzimy więc na dolny pokład. Barka przybiła szczęśliwie do Bahia Solano, gdzie pozostanie przez następne dwa, trzy dni. Załoga odsypia zarwane, deszczowe noce, ktoś popija piwo, jakiś majtek wyciągnął się na kapitańskim mostku; jego czarne ciało podryguje jakby w malignie w rytm głośnej salsy. Patrzę na niego, jak budzi się z tego dziwnego półsnu i chwilę tańczy sam, najbardziej zmysłowo jak tylko może mężczyzna; rusza się jakby jego serce pożerały głód i tęsknota za jakimś niewysłowionym pięknem. W końcu nie wytrzymuje, przeskakuje próg, pędzi kilka kroków przed siebie i porywa stojącą najbliżej niego pasażerkę. Puszczają się w ponętne pląsy i choć razem, to zdaje się jakby każde z nich, gdzieś w duszy, tańczyło z kimś innym.
Kiedy skończą chłopak położy się znowu jakby nigdy nic obok steru i w jakimś otępieniu, mętny wzrok utkwi w gwiazdach.
Już w Polsce spoglądam w niebo. Natrafiam na ten sam gwiazdozbiór na jaki patrzył ten marynarz. To Orion świeci jasno, prosząc Plejady by zbliżyły się do niego choć o krok.