czwartek, 9 lipiec 2009

C. i K. Gofry

Nieuchronnie zbliża się moment kiedy na zawsze już zostanę magistrem historii starej, szacownej uczelni, alma mater nauki polskiej czyli UJ.
Tymczasem niespełna dwa tygodnie temu zapracowałem sobie na miano instruktora rekreacji ruchowej ze specjalnością hipoterapia i Carlos od tego czasu nie daje mi spokoju i zaprasza na świętowanie. Ja z radością chcę się jednak trochę wstrzymać, przynajmniej do momentu obrony, tym bardziej, że ostatnie dni spędzam jeszcze nad książkami przygotowując się do egzaminu magisterskiego.
Dlatego kilka dni temu Carlos wybrał się na gofry beze mnie za to z kolegą. I jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez zabawnej sytuacji.






Kiedy Carlos opowiedział mi tę historię postanowiliśmy ogłosić konkurs. Zadaniem uczestników jest odgadnąć do jakich dwóch postaci historycznych, związanych naturalnie z Galicją, upodobnili się Carlos i jego kolega po zjedzeniu gofra.
Jasne, odpowiedź nie jest prosta, ale i nagroda nie byle jaka - oto bowiem razem z Carlosem zobowiązujemy się zafundować zwycięzcy pysznego gofra z dowolną ilością dodatków (pod warunkiem, że cena nie przekroczy, no powiedzmy że zaszaleję, 10 zeta - sorry, ale Carlos jest tak samo spłukany jak ja, zresztą to chyba i tak nadto).
Odpowiedzi należy zamieszczać w komentarzach pod postem. Konkurs trwa do rozstrzygnięcia lub odwołania. Baczność! Prawidłowa odpowiedź musi zawierać oba nazwiska naśladowanych postaci.
Uwaga! Gofrów nie wysyłam! Dlaczego? Bo tak sobie wymyśliłem, ja zarządziłem konkurs to i ja ustalam zasady - tylko odbiór osobisty!.
Start!

Uwaga! Konkurs!

Baczność! Już jutro wraz z pojawieniem się nowego odcinka misia Carlosa ogłoszony zostanie wszem i wobec wielki konkurs, w którym nagrodą będzie kulinarny rarytas w postaci gofra. Zwycięzca będzie mógł sobie wybrać składniki na gofra a ja zobowiązuję się za tę rozpustę zapłacić. Uwaga! Nagrodę odebrać będzie można osobiście po uprzednim umówieniu spotkania. Szczegóły już jutro!

czwartek, 11 czerwiec 2009

Kocham Francuzki!

A tak! Kocham i już! Dobre to muszą być bowiem niewiasty, o ogromnej nota bene sile charakteru. Skąd to wiem? To proste: proszę tylko zobaczyć jak ten naród w ciągu stu minionych lat zniewieściał. Ja tam przy tym jakimś szczególnym zwolennikiem teorii ewolucji, pewnie w przeciwieństwie do Ciebie drogi czytelniku, nie jestem, ale tym razem, przełknę tę gorzką pigułkę i powiem tak: skoro Francuzi nieuchronnie od wieku niewieścieją, i nie zniknęli jeszcze z powierzchni ziemi, to znaczy, że proces ten nie jest chyba taki zły, a kto wie, może wręcz przeciwnie i wkrótce Marianna w wyścigu cywilizacyjnym tak nas prześcignie że pozostanie nam oglądać jedynie jej białe(?) plecy, albo... no może zostańmy przy plecach.
Ale za co ja tak te Francuzki kocham? Otóż wychowane przez nie silną kobiecą ręką obecne pokolenie właśnie podjęło decyzję o odrzuceniu wyjątkowo opresyjnego prawa proponowanego przez prezydenta Smarkozyego, które by w imię ochrony biednych tfurców wprowadzało całkowitą inwigilację internetu i jakieś dziwne kary pod tytułem "roczne upupienie w dostępie do globalnej sieci". Sędziowie francuskiego Trybunału Konstytucyjnego uznali, że propozycje zawarte w ustawie godzą w wolności osobiste synów i cór Marianny, wolności, dodajmy, jeszcze z czasów rewolucji (tfu!) francuskiej.
Nareszcie jakiś krok w dobrym kierunku. Co będzie dalej zobaczymy - ale Francja póki co w polityce europejskiej jako tako się liczy (co w sumie nie najlepiej świadczy od kondycji Europy) i miejmy nadzieję, że wyrok ten odwróci dotychczasową złą kartę i położy kres naciąganym i nieuczciwym procesom o prawa autorskie jakich przykład mieliśmy ostatnio w Szwecji tym bardziej, że szykanowane Pirate Bay wprowadziło do europarlamentu także swoje przedstawicielstwo.
Nie popadając w huraoptymizm chciałbym przy okazji schłodzić nastroje techno-fanów informacją z nieco innej dziedziny. Wraz z postępem nauki inwigilacja przybiera bowiem różnorodne formy. Ostatnio nie kto inny jak naród wybrany (ci to mają pomysły!) wymyślił sobie robo-penisa, który pełza niczym najprawdziwszy wąż i może podglądać co robią żołnierze w latrynach za linią wroga, i łechtać ich po uszach.



Tak, tak, mi to przypomina sławetną scenę z pandą z pewnego proroczego filmu



I to tyle na dziś Panie i Panowie. Bierzcie przykład z dzielnych Francuzów i przed spaniem popracujcie nad przyszłością skołatanego narodu polskiego. Ja tymczasem wracam do mojej największej z ziemskich miłości - Historii (haha!).

poniedziałek, 8 czerwiec 2009

Lednica 2009

No więc wybrałem się w weekend na Lednicę. Carlos twierdzi, że też tam był, podesłał mi nawet swój lednicki obrazek. Razem zgadzamy się z Carlosem, że w ogóle wszyscy powinni tam pojechać, kto tylko żyw. Przyznaje to ostatnio nawet polska telewizja puszczając w kółko spot, którego leitmotivem jest ryba. "Ryba jest dobra na wszystko" - brzmi hasło reklamówki. A w Lednicy też jest Ichtis to znaczy ryba - tworzy ona nawet dużą stalową bramę, przez którą można przejść i symbolizuje oczywiście Chrystusa.
Tematem spotkania był czas - dla mnie niewątpliwie problem bardzo na czasie;). Siedzę sobie ostatnio w czterech ścianach i walę szaleńczo w klawiaturę, by zdążyć obronić się na przełomie czerwca i lipca, co już nota bene zapowiedziałem mojemu drogiemu promotorowi, który wszystkimi siłami potrafił jednak ukryć ogarniającą go falę wzruszenia, że po wieloletniej, wspaniałej znajomości nieuchronnie nadchodzi chwila pożegnania. No więc siedzę, bywa, że do późna, i piszę; nie chodzę na piwo, nie chodzę na dziewczyny, nie chodzę w góry, właściwie to w ogóle nie chodzę, bo zamiast chodzić biegam, chociaż co prawda tylko wieczorami by rozprostować zesztywniałe kości.
A Lednicę wymyśliłem sobie już chyba kilka miesięcy temu i nawet nie bardzo wiem dlaczego. Po prostu ot tak uznałem, że jadę. Dwa dni przed wyjazdem zdobyłem na pkp bilet na św. Jacka - specjalny pociąg na Lednicę tam i z powrotem, pociąg widmo trzeba dodać, albo lepiej pociąg duch bo na pkp to o nim za wiele nie wiedzieli, a już zupełnie nic w informacji (trzeba pytać bezpośrednio w kasach). No ale było się w Panamie to się człowiek za łatwo spławiać nie daje, hehe.
Jak sobie już kupiłem bilet to przeczytałem, że Lednica to spotkanie młodych co jakoś wcześniej mi umknęło, i faktycznie w pociągu byłem chyba najstarszy. W koło pełno dzieciarni, studentów na lekarstwo, podczas postojów wszyscy wypełzają na peron, klaszczą, drą się, że "dadzą czadu dla Jezusa" - w ogóle atmosfera niezwykle budująca, aż kipiało od entuzjazmu, z tym, że ja z racji wieku i charakteru poczułem się cokolwiek wyobcowany.
Niepotrzebnie! Koniec końców podróż była fajowa, a na polach lednickich średnia wieku była już ciut wyższa, chociaż ciągle zdecydowanie dominowała młodzież raczej licealna niż brać studencka.
Na miejscu, zaraz po przejściu przez recepcję w ciągu kilku chwil zgubiłem oczywiście całą grupę ze św. Jacka. Pamiętałem tylko, że św. Jacek ma miejscówkę w sektorach "2" i "R" no i ostatecznie dotarłem do "eRki" - wyznaczonej stosunkowo blisko Ryby i sceny i na wprost dużego ekranu - super! Podobno były tam jakieś osoby z pociągu, ale ostatecznie nie wiem kto, co i jak, zresztą od momentu usadowienia się na polach to już nie miało znaczenia. Wprawdzie w koło pełno uśmiechniętych i życzliwych twarzy, ale ja przecież nie przyjechałem tam dla ludzi!
Wkrótce rozpoczęły się modlitwy, pieśni i tańce, wieczorem odbyła się msza. Mimo zimna i kapiącego deszczu (taa kapał to on do 23, a potem to już lunęło - miś Carlos) klimat był wyjątkowy. Na koniec przeszliśmy przez bramę - Rybę, ale sektor "R" czekał na to ponad godzinę, a kiedy otwarto nam drogę ludzie się rzucili i tłok był niemiłosierny, co trochę wypaczyło sens tego aktu.
Zastanawiałem się czy opisać samo nabożeństwo i tamtejsze modlitwy, ale ostatecznie myślę, że każdy z ponad 70 tys. uczestników mógłby powiedzieć na ten temat coś zupełnie innego, każdy przeżywał je zupełnie indywidualnie. Więc moja relacja właściwie bardziej mówiłaby o mnie i moim stanie ducha niż o samej Lednicy, a koniec końców blog, jeszcze nie do końca poważny i przy tym tak niezmiernie popularny jak ten, nie jest, jak sądzę, najlepszym miejscem na tego rodzaju intymne opowieści.
Po nabożeństwie rozpoczął się powrót w strugach deszczu, na nogach ma się rozumieć, przez cudowne równiny Wielkopolski - zjawisko przyrodnicze, które mnie - górala (haha) z Krakowa od jakiegoś już czasu prawdziwie zachwyca. Po drodze w odruchu chrześcijańskiej miłości bliźniego zainteresowałem się spanikowaną niewiastą, która wrzeszczała, że musi na pociąg, a nie wie którędy. No to pomogłem (hehe) przez co byłem świadkiem scen zupełnie osobliwych - Ulę, bo tak się ta dziewczynka nazywała, beznadziejnie bolały nogi, twierdziła nawet, że jej puchną, że ona już nie może, że nie ma kondycji, pytała a ile jeszcze, jak dużo kilometrów (9 - z pola Lednickiego na pkp w Lednogórze jest 9 km), a czy to na pewno odpowiednia droga, czy nie mogłoby już przestać padać, no i znowu: a ile jeszcze, bo przecież ona już nie może, a to, a tamto, a siamto. O rany!
Szybko uciekłem 20 m do przodu a tę swoistą drogę krzyżową pozostawiłem przypadkowej kompance Uli - Danusi, która te kwilenia znosiła ze zdumiewającym spokojem i z pełnym miłosierdzia wyrazem twarzy uporczywie kłamała, że do stacji kilometrów jest nie więcej niż 3 może 4 nawet gdy inni pielgrzymi zuchwale obalali jej twierdzenia (dzielna Danuto - pozdrawiam Cię! Obiecany medal wytrwałości w fazie projektu;).
Na dworcu przyszło nam wszystkim poczekać kilka godzin na pociąg, a potem zmiana mokrych ubrań i kimka w przedziale. Jednym słowem było cudownie!
A co za rok? Jeśli tylko Bóg pozwoli to będę, myślę sobie nawet, że postaram się zorganizować jakąś mini grupę i przyjechać z młodymi, którzy mam nadzieję skorzystają na spotkaniu jeszcze więcej niż ja.
Prawdopodobnie temat przyszłorocznej Lednicy będzie jakoś związany z kobietami, pewnie z Marią, co wstępnie zapowiedział o. Jan Góra i stwierdził, że na kolejny zlot mężczyźni powinni przybyć z kwiatami w rękach.
W związku z tym na koniec specjalna pieśń lednicka, która być może będzie śpiewana za rok.

Lednica2000 - Cała piękna jesteś przyjaciółko moja

A jeśli mój drogi czytelniku chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o spotkaniach, lub nie możesz się doczekać czerwca 2010 odwiedź lednicką stronę. Co ciekawe, już tej jesieni Lednica motocyklisty i Lednica seniora. Jak sobie jakimś cudem kupię do tego czasu motor (będę prosił - zobaczymy co z tego wyjdzie;) to jadę!
Do zobaczenia!
Acha a pod spodem lednicki obrazek od Carlosa: bo misie też kochają ryby! Z wzajemnością!

niedziela, 24 maj 2009

Miś Carlos - Wiooo!


Cóż, troszkę trzeba było poczekać na ten nowy wpis, ale tak to już bywa - ja mam ostatnimi czasy harmonogram napięty, a i Carlos łazi sobie tylko znanymi ścieżkami i nie zawsze zdąży mi opowiedzieć swoją ostatnią przygodę. O tym, że nasz miś nie próżnuje przekonać się zresztą nietrudno, wystarczy spojrzeć co tym razem mu się przydarzyło. Historia ta może zmrozić krew w niejednej żyle, proszę więc usiąść wygodnie i wziąć głęboki oddech. Wrażliwców uspokajam, że Carlos jest doświadczonym i zwinnym jeźdźcem dlatego i z tej opresji wyszedł cało, nie łamiąc nawet paznokcia.

Z uwag technicznych: zachęcam do otwarcia każdego obrazka w osobnej zakładce przeglądarki - jak ktoś zasponsoruje mi piórko i tusz to może wtedy obrazki będą rysowane grubą krechą i bardziej czytelne w miniaturkach.





sobota, 2 maj 2009

Miś Carlos na Majówce

Dzisiejszego pięknego dnia, miś Carlos postanowił udać się na majówkę. Słońce, przyroda, szum drzew, lekki wiaterek, to wszystko wpływa kojąco na nerwy każdego, choćby i był niedźwiadkiem. Tymczasem Carlosa spotkała pewna przygoda - nic wielkiego - pewnie i Tobie drogi czytelniku przydarzyło się to nie raz, jeśli zaś nie, to nie śmiej się z misia a wyciągnij raczej naukę na przyszłość, by uniknąć podobnych wypadków.
Acha, jeśli ktoś martwi się losem Carlosa to śpieszę wyjaśnić, że dzwonił do mnie i już wszystko gra.






Kolumbijskie bajanie

Troszkę ostatnio udziela mi się ogólnoświatowa panika: na świecie świńska grypa (o której oczywiście dowiedziałem się z bloga Analcha, bo tv nie oglądam, gazet nie czytuję), a do tego kryzys ekonomiczny hula w najlepsze. Co do świń to sprawa wydaje się szczególnie niebezpieczna - w Polsze od tych zwierzątek aż się roi, a ich szczególnie niesympatyczna odmiana nierzadko zbiera się w pewnym gmachu w Warszawie. Pół biedy gdyby jeszcze stadko na stałe sobie tam siedziało, ale nie, po świńskich obradach, podczas których beztroskie prosięta obrzucają się radośnie g....m, wszystkie co do sztuki rozjeżdżają się po całym kraju i rozsiewają zarazę głupoty i zbydlę... przepraszam ześwinienia. Zresztą co tam Warszawa przecież i tu w samym tylko grodzie Kraka ich nie brakuje.
Jeśli chodzi zaś o kryzys, to doprawdy przyprawił mnie on już o niejedną zmarszczkę na moim biednym czole - ostatnimi czasy trzy firmy, z którymi miałem podjąć jako taką współpracę postawiły sprawę jasno - "sorry Winetou, nie mamy kasy" i tak bujam się już drugi miesiąc i prostej ciągle nie widać.
Dlatego nie pozostaje nic innego jak usiąść sobie wygodnie i powspominać dobre, wcale niedawne, czasy kolumbijskich przygód, tym bardziej że nawet krótki wyjazd majowy jest dla mnie chwilowo nieosiągalny.
W ogóle, gdy tak sobie pomyślę o tej całej wycieczce to wydaje mi się ona jakimś snem - kolorowym i radosnym, ale w sumie dość nierzeczywistym. Przemierzyłem sam, zupełnie sam, bo nie liczę płytkiej znajomości ze spotkanymi po drodze latynoskimi kompanami, z którymi zresztą i tak właściwie nie potrafiłem się porozumieć, więc przemierzyłem jakiś tam kawałek świata, oddalonego od naszej Europy o całe lata świetlne; udało mi się zachować zdrowie, zobaczyć parę przepięknych widoków, liznąć odrobineczkę kultury i ostatecznie nawet się kilka razy wzruszyć. Ale teraz jestem znów, tu gdzie jestem moje życie nie nabrało jakiegoś diametralnie innego biegu, niczego też specjalnego nie odkryłem - w sumie więc tak jak sen pozostaje bez większego wpływu na naszą codzienność, tak ta wspaniała podróż, której nie zamieniłbym na nic innego, nie zmieniła mojego marnego żywota, nie wlała w niego większej ilości sensu, ani też tego sensu go nie pozbawiła, choć po prawdzie dostarczyła mi przecież niejednej okazji do refleksji.

Moim najbardziej osobistym wspomnieniem z podróży jest Pacyfik, a dokładniej chwila kiedy unoszony po raz pierwszy lanchą (czyt. lanczą), czyli po naszemu po prostu motorówką, wraz z paroma Kolumbijczykami cięliśmy błękitne fale oceanu, na raty przybliżając do Panamy.
Wyruszyliśmy z Bahia Solano, jeśli mnie pamięć nie myli, trzeciego dnia przed południem. Zwłoka spowodowana była awarią silnika motorówki, tak, że do łodzi pakowaliśmy się chyba ze trzy razy. Przed wodowaniem zostaliśmy (a właściwie to nasze plecaki) dokładnie sprawdzeni przez mundurowych, potem, już w lanchy przyszło nam sobie z godzinkę posiedzieć w oczekiwaniu na właściciela, który udał się chyba na śniadanie. Kiedy wreszcie się pojawił i pożegnaliśmy zacumowany przy molo Correo Pacifico nie mogłem wyjść z podziwu dla własnej zaradności, która kazała mi ze wszystkich rzeczy, które posiadałem w plecaku, wyciągnąć niewielki, czerwony kocyk. Ten kawałek materiału podczas trudnych dni wyprawy, niemal codziennie oddawał mi przysługę i chronił a to przed wiatrem, a to przed zimnem, czasem przed palącym słońcem lub wilgocią, innym razem stanowił poduszkę dla mojej zmęczonej głowy lub pełnił funkcję prowizorycznej kołderki. Jednym słowem kocyk, jako, jak się przekonałem, niezbędny element ekwipunku każdego podróżnika z pewnością zasługuje na osobny wpis, i pewnego dnia, jeśli starczy sił, zdrowia i dowcipu napiszę dla niego należny mu rapsod.
Kiedy wyruszyliśmy zimny pęd powietrza bezlitośnie smagał mój biały korpus delicji (czy jak to się pisze;), obok Kolumbijczycy kulili się chroniąc ciała przed chłodną bryzą i łapczywie spoglądali na moją osobę, otuloną szczelnie pledem jakby jakimś całunem. Na domiar złego - Lazaro - nasz kapitan po około kwadransie przypomniał sobie o czymś co zostawił na brzegu Bahia Solano, czekała nas więc droga powrotna i dodatkowe minuty cierpień.
Kiedy jednak wreszcie opuściliśmy zatokę, powietrze stało się znacznie cieplejsze, a w rzadkich, na szczęście, chwilach kiedy motorówka zwalniała, lub przystawała zdawało nam się wręcz, że się na białej powierzchni lanchy upieczemy niczym tłuściutkie kawały mięsa na rozgrzanej patelni. Każdy z nas życzył więc sobie, by teraz łódeczka mknęła co sił przed siebie, mimo że podskakikała przy tym twardo na falach, tak, iż już po chwili byliśmy w pewnym wiadomym miejscu niemiłosiernie poobijani.
Ja jednak zupełnie tego nie czułem - gapiłem się chciwym wzrokiem na Pacyfik, jak dziecko w wymarzoną zabawkę. Patrzyłem na pomarszczone fale, na mieniące się różnymi kolorami pieniste bałwany, które połyskiwały pysznie tysiącami światełek. Woda błyszczała dziesiątkami odcieni: tutaj była błękitna, trochę dalej szmaragdowa, tam znów miała barwę polerowanej stali, jej powierzchnia zaś pulsowała żywo niczym magiczna planeta, pełna gór i szumiących lasów, wąwozów, kształtnych dolin i przełęczy, jakowyś pustyń, bogata w zimne kratery i plujące szafirem, rozedrgane wulkany. Raz za razem, albo to jak znajome Pieniny, albo jak krajobraz zgoła księżycowy - tafla wciąż i wciąż fałdowała się i mięła w okamgnieniu i proszę mi wierzyć, Krakusowi z dziada pradziada, który ukochał sobie bieszczadzkie łąki, pagórki i knieje, proszę uwierzyć, choćby to zabrzmiało jak fraza z najtańszego hollywoodzkiego filmu, że nigdy w życiu nie doświadczyłem niczego piękniejszego i wiem, że na całym tym wielkim świecie, nie ma widoku równie cudownego prócz jednej tylko rzeczy, którą być może kiedyś dane mi będzie ujrzeć, a o której nigdy nikomu nie powiem póki jej nie zobaczę.
Tak sobie trwając w zachwycie, miałem jeszcze na tyle rozsądku żeby znowu przykryć się kocem, tym razem jednak zrobiłem to na tyle niedbale, że ramię i lewy policzek - zwrócony ciągle w stronę oceanu spaliłem sobie niczym rak.
Po prawej stronie zieleniło się odludzie Darien. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że cały przesmyk przepłyniemy na lanchach w kilka godzin przyszło mi do głowy, że Mister Cejrowski jednak grubo przesadza chwaląc się przejściem tej trasy. Dopiero, gdy dojrzałem strome wzniesienia i szalone nierówności terenu, a przede wszystkim kiedy zobaczyłem gęstą niczym mech dżunglę Darien zrozumiałem, że spacer tamtędy to wyczyn godny greckich bogów i to tych raczej, którym brak co najmniej piątej klepki.
Po około trzech godzinach dopłynęliśmy wreszcie do ostatniego przystanku przed Panamą - Jurado. Widok jaki nas powitał, był jedyny w swoim rodzaju - takiej plaży nie zobaczycie w żadnym filmie. Gorący piasek i długaśny, płaski brzeg, który pozwalał bez obawy kąpać się kilkadziesiąt metrów od pierwszego szeregu palm robiły piorunujące wrażenie. Dopiero, gdy się zbliżyć widać, że tubylcy każdej niepotrzebnej rzeczy pozbywają się przynosząc ją w darze Posejdonowi - tony śmieci zalegają więc w pobliskich zaroślach zadając kłam tezom o turystycznej dewastacji przyrody.
Jurado to już jednak temat na osobne rozważania, na które pozwolę sobie innym razem, w końcu muszę przecież chociaż kilka opowieści zachować na ciężkie czasy kiedy to znowu w oczy zaglądnie nam kryzys.

środa, 29 kwiecień 2009

Samorost!

Acha w oczekiwaniu na Misia Carlosa, jeśli ktoś lubi takie dziwne klimaty (ja uwielbiam!) linkuję chyba najlepszą, niemłodą już zresztą grę internetową z jaką się kiedykolwiek zetknąłem pod tytułem Samorost. Dziełko jest czeskie, atmosfera i poetyka gry jedyna w swoim rodzaju. Warto nałożyć słuchawki i wejść w ten niepowtarzalny świat tym bardziej, że przejście całości zajmuje parę, paręnaście minut. Rzecz polega na klikaniu w odpowiednie miejsca planszy, co wywołuje jakiś logiczny efekt i posuwa nas (albo nie) dalej ku przygodzie.
Jak ktoś ma zajawkę to w sieci można pograć także w bardziej rozbudowanego i jeszcze ciekawszego Samorosta 2 z tym, że tutaj, bezpłatna przygoda kończy się na uratowaniu naszego pieska - drugi rozdział dostępny jest tylko za opłatą - mimo to warto poświęcić chwilę, żeby zanurzyć się w tą wyimaginowaną i całkowicie fantastyczną rzeczywistość.

wtorek, 28 kwiecień 2009

Brzemię masturbacji

No, jak sobie tak pomyślę to większość, jak nie wszystkie rzeczy w moim dorosłym życiu sprowadzają się ostatecznie do masturbacji. Nie chodzi mi przy tym tylko o samogwałt sensu stricto, ale o ogólne łechtanie samego siebie i swojego ego w poszukiwaniu przyjemności.
No bo tak: człowiek umawia się ze znajomymi, idzie sobie na piwko, wysila się na dowcipy, słowem robi co może, by zyskać poklask i szacunek ziomków, wszystko po to tylko żeby następnym razem znajomi o nim nie zapomnieli i zadzwonili, gdy znowu zaplanują wspólne spotkanie; w końcu jeśli chodzi o kontakty towarzyskie to najczęściej "zaproszony" znaczy "doceniony".
Oczywiście nie mówię, że trzeba się przy tym jakoś specjalnie błaźnić - bo granicą błazenady, którą wielu świadomie unika jest chwila, z którą taki przeciętny człekokształtny traci do siebie szacunek - wtedy zdobyta ewentualnie estyma jest po prostu nieporozumieniem.
Inny przykład na poparcie moich masturbacyjnych odczuć? Proszę bardzo - wystarczy spojrzeć choćby na tego bloga. Siedzę sobie wygodnie, walę od czasu do czasu w klawiaturę (rzecz jasna), a okazjonalnie mój ciekawski wzrok pada na statystyki popularności. Jakże mile łechta mnie wtedy fakt, że strona odwiedzana jest także przez kogoś innego niż bliscy, czasem nawet trafi tu jakaś zagubiona dusza z dalekiego wschodu.
Koniec końców najwięcej jednak unikalnych gości jest z Polszy, ale jak się tak człowiek wczyta w zgromadzone przez liczydełko informacje to okazuje się, że rodacy w nosie mają to co piszę a w głowie im tylko d..y i penisy.
Na przykład niezmienną popularnością cieszy się post pod znamiennym tytułem: Seks, czyli świńskie zdjęcia penisów żeby wkurzyć cenzorów i wywołać skandal. Ja wiem, że to dobry kawałek tekstu, no ale, jak sądzę, ludzie trafiają na niego wpisując w góglach parę wiadomej treści słówek no i wychodzi jak wychodzi.
Z tego powodu ciągle waham się czy postawić na ilość, rzucić jeszcze parę postów o pierdzeniu i dłubaniu kozom w nosach i liczyć że wśród odwiedzających wieprzków znajdą się jakieś zagubione perły, które zostaną na tym blogu na dłużej, czy pozostać przy jakości i zbierać niekończące się pochwały od bezkrytycznie nastawionej rodzinki.
Kolejna sprawa to artykuł, który niedawno popełniłem. O czym? No oczywiście o masturbacji. To co zesznrukowałem to tylko pierwsza część, ale jak poszukać na portalu (jest na stronie głównej) to znajdzie się i część druga.
Jednym słowem, mam nieodparte wrażenie, że w kółko od lat wałkuję mimo woli ten sam temat.
Oczywiście ja wychodzę z chrześcijańskiego założenia, że żadna miłość nie może być zła, ergo odnosić się to musi także do miłości własnej. Z drugiej strony jak sobie pomyślę jakim to trzeba być nadętym i zapatrzonym w siebie bufonem i bęcwałem żeby siedzieć w parlamencie takim siakim, czy owakim (polskim czy europejskim), albo z perspektywy autorytetu wypisywać po gazetach te wszystkie idiotyzmy i komunały, na jakie co dzień można się natknąć przeglądając prasówkę lub internet to dochodzę do wniosku, że ta miłość własna jest jednak cokolwiek podejrzanej proweniencji.
No to tyle na dziś, zareklamowałem swój artykuł, napisałem parę zgrabniutkich zdań, czekam więc na komentarze, pozdrawiam moich wiernych czytelników i żegnam się po panamsku.
Pa! pa! ene a! eme a!
Panama!

Mr. Mache en Colombia y Panama

Kiedy tak sobie myślę o ostatnich objawach mojego umysłowego szaleństwa, które niedawnymi czasy najpełniej wyraziła podróż do Kolumbii, to ciągle trudno mi to wszystko ująć w słowa.
Troszkę się tam nałaziłem, nawet całkiem dosłownie zdarłem sobie buty, a mimo to wrodzona skromność nie pozwala mi zapomnieć, że przecież niejeden szeregowy podróżnik ma dużo więcej do opowiedzenia niż ja.
Ostatecznie przespacerowałem jedynie mały kawałeczek Kolumbii i jeszcze mniejszy Panamy; ja tam zresztą sądzę, że w swojej istocie cała ta wyprawa nie różni się niczym od przechadzek po moich mszańskich pagórkach i zielonych łąkach, no ale, że ludzie bardziej lubią posłuchać o różnych takich egzotycznych schadzkach niż o podziwianiu uroków Grunwaldu i Lubonia, to spróbuje wreszcie coś z siebie wykrztusić.
Otóż pewnego pięknego wieczoru nareszcie wylądowaliśmy w Bahia Solano. My to znaczy ja, pasażerowie, załoga Correo Pacifico i przelękniony pies, który przez dwa dni osamotniony ujadał na pokładzie wśród setek kilogramów owoców, napojów i innego rodzaju ładunków.
Podróż na łajbie była prawdziwym koszmarem, przy którym przejażdżka kuszetkami w PKP sprzed 10 lat wydawała mi się nieosiągalnym szczytem luksusu. Zresztą co ja porównuje - to są dwa różne światy i PKP z opadającą, zasikaną deską to jest Sheraton.
W kajucie upał doskwierał niemiłosiernie i jak sądzę przekraczał 40 stopni C (jeden z pasażerów odważnie szacował temperaturę na 45 st. C); ostatecznie nawet Kolumbijczycy mieli dość, no ale to ja musiałem pożegnać swój podkoszulek, który po tej przygodzie, mimo wielokrotnego prania już nigdy nie odzyskał świeżości.
Przez dwa dni i dwie noce miażdżyliśmy fale Pacyfiku stłoczeni w pomieszczeniach o wymiarach 1,80x1,80 m (nie mogło być więcej skoro wyciągnięty musiałem podkulać nogi) i wysokości ok. 2,20 m (leżałem na górnej koi i do sufitu miałem jakieś 30 cm - nie mieściło się całe przedramię - jednym słowem w trumnie ma człowiek chyba więcej miejsca). W mojej kajucie gnieździło się jakieś 8 osób; dwie, może trzy starsze murzynki i ich liczne, jak mniemam, wnuczęta - wszyscy leżeli otępieni gorącem jakie biło przez podłogę przez pracujący poniżej 24 godziny na dobę silnik. Stojąc w skarpetkach na posadzce można się było zwyczajnie poparzyć.
Prawdziwy problem polegał na tym, że na całym stateczku nie istniało właściwie żadne inne miejsce, prócz mojej kajuty gdzie mógłbym się jako tako ułożyć - przez dwa dni szalała ulewa, więc górny pokład odpadał, zresztą leżenie tam, bez żadnego zabezpieczenia przy bujającym statku i obezwładniającej senności mogło się skończyć niekontrolowanym lądowaniem za burtą.
W malutkim korytarzu zalegały rozwalone bez ładu i składu ciała pozostałych pasażerów, a jedyną oznaką życia jaką przez dwa dni wydawały był słaby ruch przy nieumyślnym nadepnięciu, kiedy wyprawiałem się do toalety. Sam korytarz również był duszny, bo z uwagi na ulewę spuszczono gruby brezent i wnętrze statku zamknęło się jakby kokon - nie pomagały otwarte drzwi, nic nie mogły dać miniaturowe okienka - powietrze uparcie stało i nie miało zamiaru poruszyć się ani trochę.
Na dolnym pokładzie urzędowała załoga, ale z niej początkowo nie kojarzyłem nikogo prócz kucharki, która była świadkiem moich zmagań z chorobą morską, i która w związku z tym częstowała mnie ciepłą i obrzydliwą mi agua panelą (czyli taką specyficzną wodą z cukrem) na koszt firmy. Ostatecznie nie udało mi się przez dwa dni przyjąć właściwie żadnego pokarmu prócz dwóch paczek ciasteczek, po sześć ciasteczek w paczce, ale za to ponieważ nic nie jadłem to niczego się też nie pozbyłem, no przynajmniej tą niewłaściwą drogą paszczową.
Dlatego kiedy tylko zacumowaliśmy w Bahia Solano odczułem ogromną ulgę, choć przy tym wszystkim uległem wrażeniu chwili: najpierw po prawej, później gdzieś po lewej zamajaczyło parę światełek, trochę dalej na horyzoncie straszyła ciemna obwódka dżungli, gwiazdy pochowały się za chmurami, w sumie zrobiło się cokolwiek mrocznie, ale jakże intrygująco. Do łajby podpłynęła śmieszna, jak mi się wydało, łupinka, która zabrała część pasażerów na ląd do ich domów - statek powoli pustoszał, w końcu dobił do małego molo i tak spędziliśmy resztę nocy.
Do kajuty już nie wróciłem - spędziłem noc tułając się z krzesła na krzesło, a kiedy zaczęło świtać, wyskoczyłem na górny pokład podziwiać wschód słońca i rozważać kierunki świata: spoglądając na wschód uciekałem myślami do bliskich, i zastanawiałem się jakiego rodzaju obłęd kazał mi dźwigać pożyczony plecak gdzieś na drugim końcu świata.
- Ha, ha! - śmiał się na drugi dzień właściciel (jedynego) baru przy molo, gdzie w towarzystwie młodego żołdaka popijałem słodką kolumbijską Colę czyli moje ulubione Hipinto. - Wyobrażasz sobie mnie na takim zadupiu w Polsce? Aleś się kolego wyprawił!
No i miał rację: trudno mu było wyimaginować sobie tą moją odległą ojczyznę, i żyjących tam ludzi, mimo że obcokrajowca w postaci, jak sądzę, pospolitego Hamerykana pewnie już kiedyś w życiu widział. Jego odczucia i trudności dzieliła chyba cała jednostka żołnierzy stacjonująca w Bahia Solano, która na widok mojego białej osoby pod pobliskim wodospadem wydawała z ciężarówek radosne pohukiwania Polaco! Polaco!.
Ponieważ w okolicy (jak w całej dzikiej prowincji Choco) kręciła się guerrilla więc na nadbrzeżu szybko na stałe pojawiły się małe oddziały mundurowych, które zajęły się kontrolą ładunku (czy aby nie ma tam jakiejś broni dla banditos) i ochroną statku i jego załogi - nieco później przypłynęły dwie odpowiednio uzbrojone policyjne motorówki, a w końcu pojawił się nawet niewielki pancernik, z tym że ja nie czułem się z tego powodu bezpieczniejszy, bo gdyby guerrilla chciała zapolować na żołnierzy to oberwalibyśmy niechybnie i my.
Wracając do Bahia Solano to jest to mała mieścina, do której nawet diabeł nie zagląda by powiedzieć "dobranoc" - nie prowadzą tam żadne drogi lądowe, bo dróg lądowych w Choco w ogóle jak na lekarstwo. Ale autochtoni w postaci viejito czyli miejscowego staruszka zapewnili mnie, że wioskę sezonowo całkiem licznie odwiedzają turyści zwłaszcza skośnoocy (a może to mój hiszpański płatał mi figle?), dowodem zaś na to były dwa drewniane dość drogie zresztą hoteliki. Ja z całego tego miejsca najbardziej zapamiętałem po pierwsze primo urzędników imigracyjnych, którzy w dobrych intencjach wprawdzie, ale jednak wymięli i dokumentnie obmacali mój paszport, po drugie primo lokal gdzie za 4 złote po raz pierwszy od zejścia na suchy ląd najadłem się ryżu, jajecznicy, patacones (czyli pożywnego banana w formie placków), wypiłem Colę i skorzystałem z toalety bez drzwi, do której, zanim został uprzedzony przez żonę, w kluczowym dla mnie momencie wparował właściciel, rzucił roztargnionym spojrzeniem, przeklął tę chwilę i szybko uciekł pojękując głośno "ajajaj gringo, gringo!"
I niech to będzie dziś na tyle. Może trochę bez ładu i składu, ale takie są te moje wspomnienia, nieułożone i nieokrzesane - bez puenty, czasem bez sensu, za to jeszcze ich trochę zostało więc mam nadzieję, że to nie koniec.
Acha wszystkich fanów Misia Carlosa (czyli siebie, ech ta schizofrenia) przepraszam za opóźnienie - kolejny odcinek ukaże się na dniach.

sobota, 11 kwiecień 2009

Trochę inna Biblia czyli Pismo Święte wg Szymona Rysownika

Tak jest, przyszedł nagle, zupełnie nieoczekiwanie i znienacka Wielki Tydzień, a z nim czas na to i owo - dla jednych to chwila na wypoczynek, dla innych na rozmyślania. Ja wprawdzie ze względu na umysłowe ograniczenia za dużo nie myślę, ale siedząc sobie i dumając nad tym co tu mądrego w te szczególne dni mógłbym napisać przyszła mi do głowy pewna idea.
Otóż by zmajstrować jakoweś ważniejsze rozważania czy porady niestety rozumu i dowcipu mi nie staje, za to do tradycji Wielkiego Tygodnia i wydarzeń sprzed niemal 2000 lat chciałbym nawiązać w troszkę inny, niecodzienny sposób.
Pan Szymon Bisley to urodzony w 1962 roku obywatel królestwa Wielkiej Brytanii i aktywny członek death-metalowego zespołu Kaotika, w którym co sił w kończynach udziela się na garach znaczy instrumentach perkusyjnych.
Szerszej publiczności jest on jednak znany nie jako muzyk a jako rysownik komiksów - wypłynął gdzieś w latach 90-tych różnego rodzaju pracami, między innymi zaprojektował okładkę gry "Gods" - jak ktoś nie pamięta, to była to typowa platformówka na starą dobrą Amisię - mi się nawet podobała, ale bratu nie bardzo, a ponieważ on jako starszy rządził w domu, to chyba nigdy nie przeszedłem choćby i drugiego poziomu.
Ostatecznie gdyby zapytać przeciętnego czytelnika komiksów z Polszy (i pewnie na świecie) to przypomni sobie zwariowaną kreskę w niezapomnianym "Lobo. Ostatni Czarnian" a później mroczną orgię barw (z przewagą krwistej czerwieni;) w malowanym już "Batman. Judge Dredd".
Charakterystyczny styl Bisleya, komiksowa przesada, muskularność postaci i głębokie cienie sprawiają że ilustrowane przez niego historyjki można smakować po wielokroć. Ja osobiście najbardziej cenię sobie prace ze wspomnianego Lobo - chyba jedne z jego ostatnich, typowo rysunkowych, później bowiem zwrócił się w kierunku technik malarskich z dominantą aerografu tak, że otrzymana mieszanina nie jest już, przynajmniej dla mnie tak lekkostrawna jak nieskrępowana niczym, stara dobra kreska.
Dlatego niezmiernie się ucieszyłem kiedy przypadkiem, szwendając się po kolumbijskim bruku trafiłem na, w przeważającej mierze, rysunkowy album Bisleya; wydany w twardej oprawie, pod znamiennym tytułem "Biblia" leżał sobie spokojnie na księgarskiej półce. Bez wahania sięgnąłem po dziełko, szybko, bezszelestnie i całkowicie nielegalnie zdarłem opakowanie przy czym zostałem chyba przyłapany, bo chwilę później pojawiła się obok mnie pani, która od tej pory nie spuszczała ze mnie oka, ale też nie śmiała zwrócić mi uwagi. Biali, wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni budzą jednak w Ameryce Łacińskiej ciągle należy respekt ;).
"Biblia" opowiedziana przez Bisleya okazała się zbiorem szkiców i obrazów z końca lat 90-tych ubiegłego wieku; autor wybrał sobie według uznania interesujące go biblijne scenki i następnie zilustrował je ze zwyczajną sobie swadą i polotem, nie bez typowo rysowniczego zacięcia.
Są tam więc zarówno przedstawienia ze "Starego Testamentu" np. Dawid i Goliat czy potop, jak również z Ewangelii; na mnie szczególne wrażenie zrobiło kilka wersji "Zwiastowania NMP" czy sceny z Jezusem. Co wrażliwsze oko uzna je może nawet za obrazoburcze, myślę jednak, że jeśli istnieje sztuka współczesna, inna od pokręconych i niezrozumiałych instalacji lub sprzedawanych w puszkach ekskrementów i temu podobnych dziwactw to obcując z "Biblią" mamy z nią właśnie do czynienia.
Jeszcze jedna rzecz mnie w tej publikacji urzekła, a mianowicie, to że znajduje się tam sporo niedokończonych rysunków, lub tych samych scen w kilku rysunkowych wersjach, które po kolejnym ich opracowaniu i przetworzeniu stają się malowidłami. Dzięki temu można podpatrzeć nieco warsztatu Bisleya od przysłowiowej kuchni.
Co natomiast skutecznie zepsuło mi dobry humor to, oczywiście, cena. Nie wiem czy album został wydany w wersji polskiej, w każdym razie edycja kolumbijska kosztowała w przeliczeniu na złotówki grubo ponad sto złotych. Dla mnie to za dużo.
Zainteresowanym polecam filmik na youtube gdzie, w marnej niestety jakości i nie najlepszym kadrowaniu można zasmakować prac mistrza. Jak informuje podpis jest to tylko część pierwsza ale autor nie raczył na razie wrzucić części drugiej. Zobaczyć tam można sporo scen ze Starego Testamentu (kuszenie Ewy, wygnanie z raju, potop, Dawid i Goliat), jak i kilka z Nowego Testamentu w tym różne wariacje Zwiastowania. Otwierający sekwencję rysunek to oczywiście kuszenie Jezusa na pustyni, ostatnie zaś to rzezie chrześcijan. Link znajduje się TUTAJ
A tutaj sznurek do oficjalnej galerii Bisleya i jednego z rysunków z "Biblii".
Pozdrawiam świątecznie! Alleluja!

sobota, 4 kwiecień 2009

Miś Carlos

Tak jak zapowiadałem dziś kolejny frapujący odcinek misia Carlosa. Specjalnie dla Was, specjalnie na weekend, pełen eksluzyw czyli po polskiemu z wyłącznością na tę rycerską stronę. Odcinek świeży jak oddech polarnego misia i ciepły jak moje uczucia do gór. Miłego weekendu!





piątek, 3 kwiecień 2009

Ankietka

Amigos! Coby nieco rozruszać Wasze członki po prawej stronie (troszkę niżej) zamieściłem nową ankietkę. Proszę o przemyślane głosowanie, tak jakby od tego zależały losy galaktyki.
A jutro będzie komiks, jak sprzęt pozwoli. Czuwaj!

czwartek, 2 kwiecień 2009

Witojcie!

Tak, stało się, Wasz ukochany pisarz, genialny blogger, władca kosmosu, zabójca pcheł, wesz i mrówek, przyjaciel karaluchów i muflonów powrócił z dalekiej wędrówki po hameryce i mrocznych zakątkach własnego obłędu. I od razu postanowiłem przywalić z grubej rury, wielgachnej jak krowa berty, z dużego, mówiąc krótko, kalibru, wypalić szybko i bezbłędnie z bioderka, posyłając trzy pociski stylem wachlarzowym w serce i jądra ciemności i zamieścić ten poniższy tekst. Jest to okrojony artykuł, który napisałem dla pewnego kobiecego portalu, ale że tam już od ponad dwóch tygodni nie potrafią podjąć decyzji gdzie te wypociny zamieścić i czy w ogóle (wiadomo: baby!;), to moja cierpliwość się skończyła. W końcu moi czytelnicy zasługują na pełen szacun (i pokłon, pokłon x3!), dlatego nie mogę dłużej grać z nimi ani w chowanego ani nie grać w butelkę i udawać, że nie istnieję i że nie można mi dać buzi. Bo można! Tylko proszę wcześniej o zapisy!
No to jedziemy. Artykuł jest jak wspomniałem wykastrowany (pozbyłem się niepotrzebnego tutaj wstępu), no i pisany (może trochę na siłę) pod dział "seks" gdzie miał się ukazać. Ale dzięki temu będziecie mogli zapoznać z paroma danymi statystycznymi, do których normalnie nigdy bym nie sięgnął (a pszesz czasem warto, nie?). Acha, tekst jest w wersji kuchennej, to znaczy, czekając na decyzję co dalej nie chciało mi się go jakoś specjalnie wygładzać, więc jeśli znajdziecie tam jakieś kwiatki, rodzynki albo inne kulombry to sorry Winetou.
No i nie dziwcie się jak w tekście mówią do mnie Antonio. Tak mam na drugie imię i Latynosom łatwiej było je zapamiętać niż Maciej, z którego w większości robili coś co pisało się Mache a wymawiało Macze. To w sumie i tak nieźle, bo jak sobie przypomnę jak Niemcy nazywali mnie Mazi to aż mi się żyłka napina i zaciskają pośladki. ARRRGGH!!!!

***

Pewnego dnia siedziałem sobie na górnym pokładzie niewielkiej barki, którą miałem nadzieję dostać się Jurado – ostatniego przystanku na mojej drodze do Panamy. Nieubłaganie zapadała noc; gęstniejący mrok leniwie opadał na uliczki portowej Buenaventury coraz szczelniej kryjąc ich brud i nieporządek. Spowijające niebo chmury, zakryły przed ludzkimi oczami gwiezdne pejzaże, może więc dzięki temu, Buenaventura po raz pierwszy odkąd do niej przyjechałem wydała mi się piękna. Patrząc z perspektywy przystani uderzył mnie rozmiar miasta, które rozciągało się szeroko, wrażenie potęgowały rozdzierające ciemność światła nabrzeża. Kontrastowały one silnie z chaotycznie wyżłobionym, północno – zachodnim brzegiem, na który składały się skąpane w soczystej zieleni, niezmierzone mokradła.
Kapitan łajby, choć niewysoki, to wzbudzający jednak szacunek siwy Latynos, był prawdziwym człowiekiem interesu, dlatego według starej zasady „czas to pieniądz” od brzegu odbiliśmy dość pospiesznie, bo już dzień po planowanym pierwotnie terminie, a dodatkowe, trzy godzinne opóźnienie jakie zanotowaliśmy przy załadunku dokuczało tylko o tyle o ile przeszkadzać mogą ukąszenia komarów. Te natomiast wymęczone upałem i zalegającą w powietrzu, przytłaczającą wilgocią, w znakomitej większości po prostu dały za wygraną i nie uprzykrzały nikomu życia.
Zatopiony w myślach, badałem raz po raz atramentową taflę wody, to znowuż przenosiłem wzrok na pomarańczowe światła, które zamknęły miasto jakby w ciepłym kokonie. Buenaventura to jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Kolumbii, ale tym razem Illapa – inkaski bożek, opiekun pogody chwilowo poskromił swój charakter i okazawszy swą wielkoduszność, pozwolił cieszyć się zaletami podróży na górnym pokładzie.
Tymczasem, zanim barka rozpędziła się na dobre i tnąc fale Pacyfiku oddaliła od miasta, ja dorobiłem się już towarzystwa, które znalazłem, a którego, niech to będzie całkiem jasne, wcale nie szukałem. Biały jak papier gringo, z rudą do tego, choć ukrywaną skrzętnie pod czapką czupryną i takową brodą, wzbudzać musiał spore zainteresowanie wśród pasażerów łajby, zaś w tej stłoczonej czarnej ciżbie nie zabrakło kilku odważniejszych, wesolutkich Latynosów, zawsze skorych do rozmowy i żartów, szczególnie, gdy ich obiektem może stać się obcy. Sytuacja moja była przy tym tego jeszcze rodzaju, że znajdowałem się w dość niezwykłym dla przeciętnego turysty miejscu; wszystko to więc od powierzchowności poczynając, na położeniu kończąc intrygowało młode kolumbijskie umysły tak, że zanim się obejrzałem otoczyła mnie gromadka tubylców.
John i Johann, którzy od tamtej chwili towarzyszyli mi w podróży do Panamy mieli około 20 – 21 lat, wkrótce, bo jeszcze na statku, do drużyny dołączył Alfredo, najstarszy z nas, około 40 letni mieszkaniec Cali.
Po wymianie zwykłych uprzejmości i kilku chudych żartów z mojej osoby jeden z moich kompanów zapytał:
– Antonio, a jakie są polskie dziewczyny?
– Piękne – powiedziałem bez chwili namysłu.
– A wszystkie to blondynki? – padło kolejne pytanie.
– Nie, wszystkie są rude, jak ja – wypaliłem i na wytrzeszczone spojrzenie towarzyszów odpowiedziałem gromkim śmiechem. Dalsza rozmowa potoczyła się według znanego mi już, utartego schematu. Kiedy tylko Kolumbijczycy na podstawie moich obrazowych tłumaczeń zbudowali sobie obraz typowej przedstawicielki słowiańszczyzny, zaczęli nagabywać mnie o moją opinię na temat kolumbijskich niewiast.
– Piękne – podsumowałem krótko swoje wrażenia, zdobywając sobie sympatie rozmówców; ci zaś szybko zatopili się w marzeniach, wspominając te wszystkie śliczne senioritki, jakie kiedyś spotkali na swej drodze.
Od tamtej chwili temat kobiet powracał podczas wędrówki wciąż i wciąż, a fakt, że podróżowaliśmy głównie w męskim towarzystwie nie miał tu wcale większego znaczenia. Tacy już są Latynosi – większość z nich, od robotnika po managera i od nastolatka po emeryta po prostu nie potrafi dłużej niż przez 5 minut nie myśleć o kobietach.
Ostatecznie nie ma im się co dziwić – kolumbijskie dziewczyny potrafią być przepiękne i urocze ze swej natury zaś zachowują się uwodzicielsko, nierzadko wręcz prowokująco. W moim przypadku rodziło to wiele niepotrzebnych nieporozumień – kontakty towarzyskie często bowiem, już od pierwszej chwili opierają się na dotyku. Wszystko zaczyna się oczywiście od całusa w policzek, ale kluczowym elementem skomplikowanej układanki latynoskiego savoir vivre jest taniec.
Rzecz odbywa się niczym na najlepszych filmach przyrodniczych gdzie samczyk, który chce mieć jakiekolwiek szanse u partnerki musi wykazać swe umiejętności w tańcu godowym. Różnica sprowadza się jedynie do tego, że Kolumbijczyk powinien nie tylko sam rytmicznie poruszać biodrami, ale i poprowadzić zdecydowanie tancerkę w rytm salsy, bądź równie popularnych merenge, czy ballenato. Wizyta w jakimkolwiek klubie tanecznym nie pozostawia wątpliwości: najgorszy latynoski tancerz i tak jest lepszy od najsprawniejszego w tej dziedzinie europejczyka.
Taniec jest przy tym dopiero zaproszeniem do zabawy, jeśli dziewczyna to zaproszenie przyjmie, między partnerami szybko rozpoczyna się flirt, który młodzi Kolumbijczycy traktują z wielką naturalnością.
Ciągle zaskakiwała mnie przy tym jedna rzecz: to co jawiło się jak początek gorących amorów, było tylko miłą i niezobowiązującą formą spędzania czasu. Osoby, które, jak by się wydawało najwyraźniej miały się ku sobie ostatecznie nie przekraczały przyjacielsko ustanowionych granic. Zdarzało się, że zachowanie to, zwodnicze było także dla Kolumbijczyków, i oni bowiem gubili się nieraz w tych specyficznych towarzyskich grach i zabawach.

Natalia była malutką, roześmianą dziewczyną, obdarzoną ciepłym uśmiechem i szczerą gościnnością – cechami typowymi dla ludzi z północy kraju, mieszkających nad wybrzeżem Morza Karaibskiego. Już podczas pierwszego spotkania, po około pięciu minutach znajomości zaprosiła mnie do swego rodzinnego domu w Barranquilli; jako rasowy wagabunda nie mogłem oczywiście tego zaproszenia nie wykorzystać. Tak więc podczas kiedy, moja nowa znajoma pozostawała w stolicy, ja bawiłem w ogromnej willi u wybrzeży Karaibów przyjęty ciepło przez głowę rodziny i zawsze gotową do pomocy służbę. Gdy wróciłem do Bogoty z zamiarem odwdzięczenia się mojej dobrodziejce, uderzyła mnie wiadomość, że podczas mojego leniuchowania na Karaibach Natalia wzięła rozwód.
W rzeczy samej zjawisko to jest w Kolumbii bardzo częste i dawno już urosło do rangi poważnego problemu społecznego. Kiedy kilka lat temu rząd pod wrażeniem ponad miliona spraw rozwodowych, jakie oczekiwały w sądach na rozpatrzenie wprowadził rozwiązania prawne, pozwalające na rozwód w ciągu około godziny, na efekty nie trzeba było długo czekać.
W roku 2007 rozpadło się ponad 8 tysięcy małżeństw, co w porównaniu do roku poprzedniego stanowiło wzrost aż o 140%. Badania pokazują, że młodsze pokolenia rozwodzą się zdecydowanie częściej: podczas gdy wśród osób urodzonych w latach 50-tych ubiegłego wieku odsetek ten wynosi około 30%, to wśród dzisiejszych 40 latków sięga on aż 45%.
Kolumbia to kraj, w którym statystyczna rodzina posiada dwoje statystycznych dzieci. W praktyce wygląda to tak, że w miasta pełne są kobiet, które z różnych powodów ani na małżeństwo, ani na macierzyństwo nigdy się nie zdecydowały, na prowincji zaś dominują rodziny wielodzietne.
Jeśli o względnym szczęściu w przypadku Natalii w ogóle można mówić to chyba polegało ono jedynie na tym, że nie zdążyła ona zostać samotną matką, od których aż roi się na ulicach, w parkach czy autobusach kolumbijskich pueblitos. Problem ten był i jest powszechny; w odpowiedzi na niego najpopularniejsza w kraju sieć gastronomiczna, przez pierwsze lata swojej działalności zatrudniała tylko i wyłącznie samotne matki. Politykę tę zmieniono dopiero wówczas, gdy jakiś nadgorliwy urzędnik dopatrzył się w tym rozwiązaniu pogwałcenia zagwarantowanej w konstytucji równości praw.
Kolumbijczycy to naród bardzo przedsiębiorczy – z uwagi na pracowitość mężczyźni dość łatwo znajdują nielegalną pracę w malutkiej Panamie, parając się tam, niczym Polacy na zachodzie, budowlanką wszelkiego rodzaju. A jednak wyjechać nie jest łatwo; na granicy mężczyzn niemal z urzędu podejrzewa się o handel narkotykami, na kobiety natomiast patrzy się jak na przyszłe prostytutki.
Takie stereotypy są oczywiście krzywdzące, mimo to przyznać trzeba, że najstarszy zawód świata jest w Kolumbii legalny, a usług tego rodzaju nie trzeba specjalnie szukać, ot, istnieje spore prawdopodobieństwo, że spacerując po ulicy spotkamy jakiegoś dobrego wujka, który w razie potrzeby zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce. Ponadto w miastach całkiem jawnie istnieją „zonas de tolerancia”, gdzie wybór nocnych klubów, od tych bardzo ekskluzywnych do podrzędnych spelunek, jest ogromny.
Juan, z którym wypiłem niejedno piwo przekonywał mnie, że w lokalach takich, nierzadko pracują dziewczyny niepełnoletnie.
– Znajdziesz tam usługi wszelkiego rodzaju – powiedział mi kiedyś. – Wszystko czego szukasz. Cena może być różna, ale najdroższe są nastolatki. Taka jest zasada – im młodsza tym droższa. Najmłodsze dziewczyny mają około 14 lat.
Potwierdzają to statystyki i badania. Według Mayerlin Verqara Perez z pozarządowej „Fundacji Renacer” w obleganej przez turystów nadmorskiej Cartagenie prostytuuje się ponad 650 dzieci, a liczba ta od 10 lat systematycznie rośnie. Miasto to, jedno z najstarszych w kraju, liczące ok 900 tys. mieszkańców, choć do zaoferowania ma dużo więcej niźli seksturystyka, coraz częściej postrzegane bywa jako miejsce równie atrakcyjne do jej uprawiania co Kuba.
Wszystko to ma inny jeszcze aspekt: liczba osób zarażonych wirusem HIV nieprzerwanie rośnie i, mimo że nadal wynosi ona mniej niż 1% to zmienia się struktura zarażonych. Do niedawna, według informacji agendy Narodów Zjednoczonych, problem wirusa HIV dotyczył głównie mężczyzn w związkach homoseksualnych, obecnie ofiarą choroby pada coraz więcej kobiet – na terenach wybrzeża karaibskiego, co trzecia osoba zakażona wirusem jest płci pięknej.
Wracając do Juana, był to przemiły, trzydziestokilkuletni facet, zawsze uśmiechnięty i pomocny, nie tylko dla gringo; nie oczekiwał przy tym niczego w zamian, może prócz dobrego towarzystwa i rozmowy. Dlatego przy pewnej okazji opowiedział mi swoją historię: także i on przeszedł piekło rozwodu, tym razem jednak, to żona, po krótkim romansie z innym porzuciła go, zabierając ze sobą czteroletnią córeczkę.
Przypadek Juana to nie wyjątek – podczas podróży usłyszałem niejedną podobną opowieść. Ameryka Łacińska to miejsce gdzie kobiety bez wyjątku są na piedestale, zawsze wielbione i podziwiane; każda z nich potrafi wejść w rolę prawdziwej femme fatale – tak zwane równouprawnienie, jakkolwiek wszechobecne, nie odebrało im żadnego kobiecego atutu, potrafią więc z niezwykła zręcznością manipulować tymi groźnymi macho, jakich, według obiegowej opinii, wśród Latynosów pełno. Wykorzystując nierzadko związki jako sposób na podniesienie swojego statusu materialnego, są w stanie wokół palca owinąć sobie każdego mężczyznę, naturalnie równie łatwo potrafią go też porzucić.
Razu pewnego spotkałem Don Carlosa – głowę rodziny, niegdyś prawdziwego krezusa, mieszkańca Antiochii, o której mówi się, że jest kolebką przedsiębiorców i biznesmenów z prawdziwego zdarzenia, ludzi posiadających wyjątkowy dar kupczenia dosłownie wszystkim. Don Carlos był żonaty i szczycił się trójką wspaniałych dzieci, z czego najmłodsze pochodziło z niezalegalizowanego związku z kochanką; oprócz tego, że miał on bowiem żyłkę do interesów, cierpiał też na nadmierną słabość do kobiet. W efekcie, ponad połowę majątku stracił kupując kochankom mieszkania, samochody i biżuterię, w końcu, wykorzystany po raz kolejny popadł w alkoholizm. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego żona i dorosłe już dzieci – wspólnymi siłami udało się uratować Don Carlosa i część majątku, wystarczającą na dobre, wygodne życie.
Nieco inna historia spotkała Nhoemi, którą poznałem tułając się po iście rajskim parku Tyrona. Dziewczyna ta pracowała jako przewodnik, mieszkała zaś kilka kilometrów od parku na rodzinnej farmie, gdzie przyjmowała turystów. Jej rodzina była typowym kolumbijskim rodem: Nhoemi miała siedmiu braci, z których większość wraz z nią zawiadywała gospodarstwem. Ich matce wciąż nie brakowało werwy, ojciec natomiast całymi dniami bujał się leniwie na hamaku, z rzadka podrywając się gwałtownie, wtedy jednak znikał na kilka godzin. Rodzina żyła szczęśliwie, ale i ona przeżywała kiedyś ciężkie chwile, gdy lata temu, ojciec Nhoemi, ten obecnie przemiły staruszek, postanowił porzucić żonę i wrócić do rodzinnych stron. Pewnego więc dnia, bez żadnego powodu spakował swe rzeczy i przez kilka lat przebywał kilkaset kilometrów dalej, ciesząc się kawalerską swobodą. Tak samo jak nagle wyjechał, tak bez zapowiedzi powrócił i zastał dla siebie otwarte drzwi.

Tydzień przed odlotem do rodzinnych stron wracałem autobusem do Bogoty, długa to i męcząca była podróż, umilić ją miała muzyka i teledyski odtwarzane w drodze. Siedząc na wąskim fotelu, ściśnięty między trzema matkami, gapiłem się w telewizor, byle tylko odwrócić myśli od unoszącego się zapachu brudnej pieluszki, którą jedna z kobiet właśnie wymieniała. Na ekranie w kółko jedno i to samo, niczym ponury żart, kolejny Latynos śpiewa o nieśmiertelnej miłości wypłakując oczy w karczmie lub pod oknem narzeczonej, którą nieco tylko wcześniej zdradził, pech zaś jego polegał na tym, że wybranka wróciła do domu wcześniej niż powinna i w sypialni zastała swego oblubieńca w ramionach innej.
Pasażerowie zasłuchani w te pieśni nucą je sobie tęskliwie, a ja oddycham z ulgą kiedy wreszcie na ekranie pojawiają się pierwsze napisy zwiastujące najbardziej kiczowatą hollywoodzką superprodukcję.
Zanim odlecę do Polski jeszcze raz przypominam sobie chwile spędzone na barce.
– Antonio – pyta mnie mój młody towarzysz. – Jak będę miał kiedyś pieniądze to spotkamy się w Polsce. Chciałbym zobaczyć czy mówisz prawdę o polskich dziewczynach. Ale najpierw muszę trochę zarobić.
– I bez tego, z twoim latynoskim ogniem, zdobędziesz każdą dziewczynę – śmieję się do niego. Zaczyna padać schodzimy więc na dolny pokład. Barka przybiła szczęśliwie do Bahia Solano, gdzie pozostanie przez następne dwa, trzy dni. Załoga odsypia zarwane, deszczowe noce, ktoś popija piwo, jakiś majtek wyciągnął się na kapitańskim mostku; jego czarne ciało podryguje jakby w malignie w rytm głośnej salsy. Patrzę na niego, jak budzi się z tego dziwnego półsnu i chwilę tańczy sam, najbardziej zmysłowo jak tylko może mężczyzna; rusza się jakby jego serce pożerały głód i tęsknota za jakimś niewysłowionym pięknem. W końcu nie wytrzymuje, przeskakuje próg, pędzi kilka kroków przed siebie i porywa stojącą najbliżej niego pasażerkę. Puszczają się w ponętne pląsy i choć razem, to zdaje się jakby każde z nich, gdzieś w duszy, tańczyło z kimś innym.
Kiedy skończą chłopak położy się znowu jakby nigdy nic obok steru i w jakimś otępieniu, mętny wzrok utkwi w gwiazdach.
Już w Polsce spoglądam w niebo. Natrafiam na ten sam gwiazdozbiór na jaki patrzył ten marynarz. To Orion świeci jasno, prosząc Plejady by zbliżyły się do niego choć o krok.

środa, 28 styczeń 2009

Gwoli wyjasnienia

To nie dlatego ze jestem leniwy, ze mi sie nie chce czy inne takie. Po prostu nie pisze z braku czasu, ktory wyczerpal mi sie niespodziewanie w grudniu, kiedy to rozpoczela sie moja pelna przygod podroz po Kolumbii. Wybacz mi wiec droga Czytelniczko i drogi Czytelniku te spora przerwe i brak polskich liter w niniejszym poscie, jak rowniez to ze te wyjasnienia pojawily sie tak pozno. Gdy tylko wroce, mam nadzieje zamiescic tu niejedna relacje z tej fascynujacej wyprawy.
A wiec: hasta luego!

środa, 19 listopad 2008

Znowu przerwa

Idzie sroga zima a wraz z nią Rycerze zapadają w głęboki sen.
Niestety w związku z moim wyjazdem do Warszawy nastąpi chwilowa przerwa w blogowaniu. Czuwaj!

niedziela, 16 listopad 2008

Sesemes od...

Kilka dni temu w radio usłyszałem arcyciekawą wiadomość. W jakimś podlondyńskim miasteczku w lepkie łapki stróżów lewa wpadł Bogu ducha winny sprzedawca środków odurzająco-uszczęśliwiających, innych niż powszechnie stosowane wyroby zawierające alkohol i tytoń. Człowieka tego policjanci capnęli i zaraz wsadzili do kryminału za nielegalny handelek (takie czasy), ale przy okazji panowie postanowili nieco dorobić do skromnej pensyjki i podprowadzili nieszczęśnikowi jego telefon komórkowy.
W krótkim czasie z ustrojstwa rozesłali ponad 400 smsów, żeby jeszcze w wiadomym celu do panienek czy żon, to bym zrozumiał ale nie, jak się chodzi z za przeproszeniem pałą na wierzchu to i upodobania ma się bądź co bądź niestandardowe.
"Wiemy, że bierzesz narkotyki" - brzmiała treść wiadomości, którą odebrali wszyscy ci, którzy mieli pecha znaleźć się w książce adresowej telefonu pojmanego sprzedawcy; no dobra, pewnie, że to nie tak przerażające, jak usłyszeć wieczorem w słuchawce niespodziewanie "WASSUP!!!", ale idę o zakład, że na adresatach wywarło to i tak niemałe wrażenie.
Z tym, że oczywiście reakcje mogły być różne: wielce prawdopodobne, że od ludzi słabego charakteru policja otrzymała smsa zwrotnego z zapytaniem: "ile chcecie za milczenie?" i nie chodzi wcale o to, że taka osoba cokolwiek zażywa, nie, nie, po prostu, rzucą w człowieka gównem i jak się przylepi to nie ma przebacz, ślad zostanie, i taki ktoś jest potem w lokalnej społeczności spalony, musi się przeprowadzić, poszukać nowej pracy itd. Łatwiej więc szantażystom zapłacić i mieć przysłowiowy święty spokój.
Jak widać pomysł ma wszelkie cechy istnej żyły złota - jednym słowem, w dobie kryzysu policja radzi sobie doskonale, i kto wie, może wkrótce instytucja ta stanie się rządowym think-tankiem wyspecjalizowanym przede wszystkim w problemach ekonomicznych.
Z drugiej strony jednak, istnieje realne zagrożenie, że cała akcja wyjdzie jej inicjatorom bokiem. Ludzie silnego charakteru, mogą bowiem, jako nękani i pomówieni przespacerować się do sądu, a gdyby, na nieszczęście komórka, na którą trafił taki sms, miała wielu użytkowników, to jeszcze dochodzi do tego zarzut zbiorowego zniesławienia (zbiorowego, bo nie wiadomo dokładnie kogo sms dotyczy i ludzie przestaną sobie ufać), no i ostatecznie jeśli odszkodowania okażą się odpowiednio wysokie geszeft szybko stanie się zupełnie nieopłacalny.
Policjanci jednak to szczwane lisy i ponieważ wysłana wiadomość to de facto zwykły anonim, pewnie trudno będzie ustalić właściwego nadawcę tym bardziej, że treść wskazuje na podmiot (a fe!) zbiorowy.
Jest jeszcze i trzecia strona tej sprawy. Otóż spodziewam się, że osoby co bardziej honorowe postąpiły jak nakazuje uczciwość i zgodnie z prawdą odpisały: "Możecie mnie pocałować w d..ę". Stawiam perły przeciwko wieprzom, że z tego wyniknie dla nich niezawodnie rzecz niemiła, bo przecież władzuchny obrażać nie wolno i co jak co, ale na takich kawalarzy paragraf się znajdzie, i to tego rodzaju żeby im się w ogóle jakichkolwiek dowcipów odechciało. W ten sposób wzrośnie respekt wobec tzw. służb porządkowych, a jeśli sąd skarze obywateli na grzywny łatwiej będzie znaleźć pieniążki na świąteczne premie.
Z innej beczki Departament Sprawiedliwości w US skazał właśnie firmy LG oraz Sharp na kary finansowe za rzekomą zmowę cenową. Ja wprawdzie lubię kupować jak najtaniej i do tego dobrze, ale tak czy siak, wtrącanie się władzuchny w cokolwiek, także w stosunki gospodarcze, w jakimkolwiek celu, choćby i najpiękniejszym uważam za przejaw skrajnego zamordyzmu i zbydlęcenia obyczajów. Ale takie mamy czasy, że każdy chce być chroniony; tylko że o ile co do tzw. "ochrony" pracowników zdania bywają jeszcze czasem podzielone, o tyle instytucję "ochrony" konsumentów zdecydowanie się niestety chwali. A nikt nie widzi, że to dwie strony, tego samego medalu, który jak świat światem, jeśli ktoś ma choć odrobinę uczciwości musi nazwać po imieniu - interwencjonizmem.
Co niniejszym pozostawiam czytelnikom do przemyślenia.
Dobranoc!

sobota, 8 listopad 2008

F**k the rules!

Ten pan Donek to doprawdy jakiś bałwan, wprawdzie nie miałem co do tego wątpliwości - każdy polityk to wyjątkowy drab i z samej definicji szelma z pod ciemnej gwiazdy, ale żeby się tak błaźnić to już trzeba mieć ptasie pióra zamiast mózgu.
Ja wiem, że kryzys, że banki upadają, budżet do dupy i w ogóle wszystko diabli biorą; jednak cóż, ciężkie czasy zawsze są najlepszą próbą charakterów, dlatego w sumie nie dziwi mnie, że właśnie teraz postanowiono wzmóc akcję rabunkową i drastycznie podwyższyć mandaty za wykroczenia drogowe.
W kwestii przepisów drogowych spotkałem się już z różnymi stanowiskami łącznie z tym, że jeden pan, który próbował ze mną nawiązać w tej sprawie rozmowę, proponował by do kierowców, szczególnie tych pijanych, strzelać bez ostrzeżenia, najlepiej z karabinu maszynowego (nota bene ciekawe jak tu sprawdzić kto ma zakazane promile jak obowiązuje zasada najpierw strzelaj potem pytaj), a że mu nie odpowiadałem, bo z idiotami nie dyskutuję, to argumentował tym głośniej, machając przy tym rękoma jakby odpędzał się od roju wściekłych komarów ludożerców.
Donek wprawdzie strzelać jeszcze nie chce, to fakt, zamiast tego ten z bożej łaski i koziej trąbki "lyberał" wykoncypował, że 500 zł za to i owo nie będzie karą dla nikogo zbyt straszną. Nie wiem jaka jest droga legislacyjna w tym kraju, ale chyba przypomina ona drogę pokarmową zwierzęcia albo człowieka, bo, proszę zauważyć, co jakiemu parlamentarzyście do głowy wpadnie, to jak już wyjdzie to nigdy treścią nie grzeszy, a przypomina przy tym wszystkim swoją konsystencją raczej rzadką sr.. no każdy wie co.
Ja zresztą nie wiem skąd w tych zbydlęciałych umysłach biorą się takie fantastyczne liczby. Czemu temu humaniście spodobała się akurat liczba 500 a nie 5000 albo, co byłoby dużo bardziej logiczne 1410. Ta ostatnia przynajmniej dobrze się kojarzy, pięknie puknęliśmy wtedy tych niemieckich łotrów krzyżaków; więc płacąc taki mandacik mógłbym myśleć sobie o latach dawnej świetności i wyobrażać, że zapłacony haracz pójdzie na rozbudowę środków destrukcji naszych przyszłych i obecnych wrogów.
Chociaż nie, co ja gadam, 1410 to jednak zły pomysł, szczególnie jak się miało dziadka w wehrma... wiadomo gdzie.
Tak czy siak, pamiętam, że jeszcze do niedawna, ci panowie, którzy teraz śpiewają w jednym chórku o surowych karach, ględzili jak pomyleni, nie o wysokości ale nieuchronności kary; że niby taki delikwent, jak coś przeskrobie, to zaraz będzie drżał, bo nieuchronnie czeka go teraz na komisariacie kilka godzin łaskotek policyjnymi za przeproszeniem pałami, i że już się od tego nie wykręci, chyba że śmierć będzie na tyle łaskawa, że go od tych cierpień uchroni.
Teraz się tym słowikom w każdym razie trochę światopogląd zmienił, a z nią tonacja, chociaż nuta pozostała tak samo fałszywa; ale dobrze, niech im się zmienia, niech śpiewają inaczej choćby nawet i co kadencję, przy odrobinie szczęścia, w końcu ochrypną i uda się może trochę odsapnąć.
Ja mimo wszystko nie tracę na nadziei - nie dalej jak wczoraj widziałem scenkę, która mnie nieco pokrzepiła. Otóż poruszając się skromnymi czterema kółkami już zabierałem się do złamania kilku przepisów drogowych, kiedy zauważyłem, odblaskowy napis "policja" na kurtkach dwóch spacerujących, wspólnie gentelmanów. Powstrzymałem się przed złamaniem prawa, i jak się okazało zrobiłem to dość pochopnie; jakiś kierowca za mną (może poseł?) wykonał sumiennie moje zamierzenie, a panowie z przeproszeniem pałami na wierzchu, wielce znudzeni odwrócili głowy i przechadzali się mimo nieszczególnej aury dalej.
I jeśli tylko to zaniechanie wynikało z czegoś więcej niż lenistwa, to ja się bardzo cieszę, że po naszych, polskich ulicach hasają takie pary!

czwartek, 6 listopad 2008

Panna Maria w Ameryce

Wszyscy o tej hameryce, gdzie nie spojrzę, gdzie ucha nie nadstawię, każdy w kółko o jednym, gdzie nie wlezę ciągle tylko ta hameryka jakby innych tematów już nie było.
Nie mogę od tego uciec, a przecież jeśli ktoś mnie zna to wie, że ja wleźć potrafię wszędzie, na górę, na dół, na bok i na głowę, a jednak, mimo to temat ten nie daje mi spokoju. Żeby jeszcze ta paplanina miała jakiś sens, ale nie - wszyscy gadają, o jakichś bamach, barakach i w kontekście tych baraków mówi się o nowej ofercie w menu Mc'Donalda - Mc'Cain, czy jakoś tak. Wiadomo - w barakach są żołnierze, a żołnierz też człowiek; jak taki ma być skutecznym mięsem armatnim to trza go najpierw podtuczyć jak wieprzka, a do tego nic nie nadaje się lepiej jak tłuściutkie burgery.
Pisząc trochę poważniej: z tego nowego prezia to USRA będą miały pociechę - ja też znałem jednego Barrakę - to był taki żółty facet w Mortal Combat z przerostem paznokci i pociesznym świńskim ryjkiem. Ten podobno jest jakiś inny i mówią że nie żółty tylko czerwony, a właściwie czerwono-czarny, no ale imię chyba jeszcze zobowiązuje, nie?
Ale mniejsza z tym. Dla mnie to i tak rybka. Chciałem zamiast tego krótko o czym innym.
Otóż ambasada amerykańska obchodziła niedawno jubileusz przybycia pierwszych polskich osadników do założonego w 1607 r. Jamestown (i jakoś dziwnie akurat do tej wiadomości brak bezpośredniego linka i rozwinięcia). Rodacy zjawili się na zaproszenie niejakiego kapitana Johna Smitha (Jana Kowlaskiego) i jako specjaliści od wytwarzania mydła i szkła szybko zdobyli sobie jako taką pozycję w tamtejszej społeczności. Ale to dopiero początek!
Już w 1619 r. nasi, wypróbowując taktykę przed ostatecznym starciem z komunistami, zastrajkowali i, uwaga, wywalczyli sobie prawo wyborcze. Teraz o czymś takim można sobie pomarzyć, chociaż jakim trzeba być dewiantem, by mieć tego rodzaju marzenia.
W ogóle historia polskiego osadnictwa w Stanach pokazuje jak bardzo kraj ten się zmienił, in minus oczywiście.
Kiedyś przyjeżdżało kilku śmiałków, którzy stoczywszy biblijną walkę na śmierć i życie z wężowym pomiotem mieli pełne prawo założyć sobie w Texasie własną osadę - że byli to mężczyźni to wioska nie mogła się nazywać inaczej niż Panna Maria, bo Maria to bardzo ładne imię żeńskie, a panna to wiadomo - jeszcze na wydaniu więc każdy, kto zdrów może się starać.
Teraz jest oczywiście inaczej - wizy, pozwolenia, odciski palców i pośladków; jestem pewien, że porządni, starzy kowboje przewracają się w grobach patrząc na poczynania swoich latorośli i pewnie chętnie by ich odstrzelili niezawodnym coltem navy, albo porządnym, łamanym smith&wessonem.
A propos, wiele osób oburza się na te biurokratyczne świństwa - Jak oni śmią tak nas traktować! - wykrzykują. Ja podchodzę do tego tak jak każdy facet powinien czyli od tej drugiej, użyteczniejszej strony i tak sobie myślę, że muszę być cholernie ważny (i fakt! życie miałem dotąd całkiem ciekawe) skoro zbiera się ode mnie tyle informacji.
Trzeba mieć podejście jak ten żyd co przed wojną czytał der Stuermera:
- A dlaczego ty Mosze czytasz tę niemiecką gadzinówkę?
- A bo jak też pięknie ci naziści o nas piszą. Władamy bankami, siedzimy w rządach i w ogóle trzęsiemy całą Europą, ba całym światem!
I miał rację! Howgh!

sobota, 1 listopad 2008

Miś Carlos

Tak jak zapowiadałem, dziś niespodzianka. Komiks o misiu Carlosie mojego autorstwa. Pierwszy i miejmy nadzieję nie ostatni. Jeśli wszystko wypali, komiks o Carlosie będzie pojawiał się co weekend, dwa.
Zapraszam do lektury i komentowania!

czwartek, 30 październik 2008

Prezydent, płemieł i pan prezes

Dziennikarze i pismaki, to, jak wie każdy szanujący się obywatel, ostatnie świnie, a nawet gorzej, bo taką tłuściutką świnkę zawsze można zarżnąć i jeśli ktoś lubi przyrządzić smakowicie ze śliwkami; dziennikarzy jak sądzę też dałoby się w podobny sposób potraktować ale danie takie pewnie pierwszemu lepszemu stanęło by zaraz w gardle, no i nieszczęście gotowe.
Z ludźmi mediów jest jednak coś nie tak: mają naturalne ciągoty do podglądactwa, uwielbiają wywlekać różniaste szczególiki życia prywatnego i robić wokół tego istny cyrk. Ostatnio wzięli się za osoby najbliższe sercu każdego Polaka i szczerego patrioty – za miłościwie nam panujących, Gott erhalte, Gott beschuetze prezydenta i płemieła. Panowie Ci, z racji zajmowanych stanowisk mają się ku sobie – jeden zaprasza drugiego na herbatkę i ciasteczko w pałacu prezydenckim, czasem drugi wprasza się sam; ale mimo całej tej kurtuazji trudny to jednak związek, bo i też charaktery nie byle jakiego kalibru, a libido przecież wysokie. Jak pan płemieł w swej nieposkromionej żądzy pomizdrzy się trochę do innych, a ma w czym wybierać, tutaj kuszą go twardzi i rumiani chłopi z koalicji, tam zaś wrażliwcy i artyści z lewa, to zaraz mu pan prezydent gra na nosie i urządza imprezę w pałacu bez płemieła.
Ale nie ma powodu do obaw; według zasłyszanych przeze mnie wiadomości stosunki między obu panami ostatnimi czasy się ociepliły, panowie zaczęli ze sobą nawet rozmawiać; i dobrze, pogadać ze sobą od czasu do czasu trzeba, czy to w tramwaju, czy przy herbatce, w kościele, w kancelarii, wreszcie w łóżku. Jak jednak wywiedział się wścibski reporter, panowie rozmawiają, między innymi o Tobie droga czytelniczko, miło gaworzą sobie również o Tobie drogi czytelniku, a nawet i o tych, którzy mnie nie czytają (pewnie chodzi tu o fąfli do lat 5 czyli takich co to jeszcze nie czytaci i nie pisaci). Co więcej panowie podobno deliberują też o mnie i moich problemach, a jeśli to prawda to jestem dogłębnie poruszony. Jednym słowem miłościwie nam panujący postanowili zająć się problemami każdego Polaka, tak jakby mieli o tym jakiekolwiek pojęcie. Właściwie jestem niezmiernie ciekaw co uradzą i czy zdążą zanim znowu się nie pokłócą. Ale mam cichą nadzieję, że każdego z nas, tak jak pan Bóg potraktują indywidualnie i przed podjęciem decyzji co do mojej skromnej osoby raczą zadzwonić i ze mną się skonsultować.
Z rzeczy ciekawszych prezes jednej z firm z branży ET postawił na niekonwencjonalną reklamę i w czasie kiedy podobno kryzys w najlepsze szaleje i, mimo bohaterskich wysiłków polityków pozostaje jednak nieokiełznany, zdecydował się porozdawać produkt swojego przedsiębiorstwa za darmochę. Facet postawił przy tym szereg warunków, a od spełnienia chociaż jednego z nich zależy czy produkt dalej będzie dostępny za free czy nie. Klienci zaoszczędzą więc trochę grosza, jeśli cena galonu benzyny spadnie do ustalonego przez prezesa poziomu, jeśli amerykanie złapią i osądzą bin Ladena, w końcu, jeśli jego firmie, na przekór pikującym wykresom giełdowym i innym symptomom rynkowej zapaści uda się stworzyć jedno dodatkowe miejsce pracy (co nota bene pokazuje jak bardzo delikwent ten jest niespełna rozumu – skoro wskutek kryzysu podejmie decyzję o likwidacji 10 miejsc pracy a przedsiębiorstwo będzie dalej prosperować, to nie dość, że okaże się, że zlikwidowane miejsca pracy były rzeczywiście zbędne, to jeszcze zaoszczędzi przy tym sporo na pensjach – kryzys to jednak wspaniałe panaceum na rozdęte i nietrafione inwestycje).
Z rzeczy zaś arcyciekawych: na weekend lub zaraz po szykuję niespodziankę, dlatego serdecznie już teraz zapraszam. Będzie się działo!