niedziela, 22 listopada 2009

Miś Carlos - Do domu! Wio!


Ojoj, cóż to się ostatnimi czasy działo! Gwar, harmider, rwetes i bałagan. Rację miałem twierdząc niedawno, że Carlos jak tylko otworzy zaspane ślepia, zaraz zgotuje niezawodnie jakąś nową kabałę. I tak, wypoczęty i pełen sił po dłuugim październikowym śnie postanowił, dosiadając swego niezawodnego wierzchowca - Kubę, wyruszyć na szaleńczą przejażdżkę po górach i lasach, jesiennych błotach i najdzikszych bezdrożach sąsiednich zagajników. Powróciwszy umorusany jak boruta zapukał grzecznie do rodzinnych odrzwi w nadziei na ciepłe powitanie, strawę i nocleg. Tymczasem gdyby Carlos i Kuba w takim stanie przekroczyli choćby próg domu wszyscy mielibyśmy się z pyszna. Znużony miś ani myślał jednak przepłukać łapki w pobliskim strumyku przed ucięciem sobie krótkiej drzemki. Jak i gdzie postanowił się zakwaterować dowiedziałem się wkrótce potem, rozdzielając zwaśnione strony.







poniedziałek, 5 października 2009

Bezsenność

Ostatnio miałem z Carlosem pewne kłopoty. Carlos jako miś nad wyraz aktywny, padł ofiarą własnego charakteru - otóż okazało się, że również i on może cierpieć na bezsenność. Zamiast więc walczyć ze snem, jak to każdemu szanującemu się misiowi przystoi, zmierzyć się musiał, mimo zmęczenia, z jego brakiem - a jak wiadomo zapasy z czymś czego nie widać, phi, co nie chce, nawet na najsłodsze prośby i wobec najstraszniejszych gróźb przyjść są niezmiernie wyczerpujące. Ostatecznie jednak zdając się na własny dowcip i nieprzeciętną pomysłowość Carlos wyszedł z tej bitwy zwycięsko i teraz chrapie na potęgę. Ja się trochę boję i chodzę na palcach żeby go nie zbudzić, przy czym wcale nie obawiam się, jak w piosence "Stary niedźwiedź...", o siebie tylko o Carlosa, bo jak otworzy oczy, to pewnie znowu swoim zwyczajem wpakuje się w jakąś zwykłą sobie przygodę.






niedziela, 13 września 2009

Krótki lecz ważny wpis informacyjny

W sumie jak sobie tak pomyślę to niezła świnia ze mnie. Najpierw się tu, kilka wpisów wcześniej, wywnętrzniam i ślę zaklęcia do pana Boga żeby mi zesłał pracę, a jak już otrzymałem o co prosiłem to ni hu hu, nie raczyłem nawet o tym wspomnieć. No więc od początku września mam robotę i jestem z niej zadowolony; czyli trzeba było wprawdzie miesiąc poczekać ale przynajmniej nie dostałem od pana Boga byle czego. Nie jestem wprawdzie hipoterapeutą ani profesorem historii, ale co z tego, myślę, że te dwa zawody jeszcze przede mną. Pora na słodki deser przychodzi przecież dopiero po obiedzie, nie odwrotnie!
Nie przyznałem się też, że zaraz po rzeczonym wpisie, na drugi dzień lub nieco później, dostałem info z portalu repka.pl, że opublikują mój kolejny artykuł, ten który pisałem dla nich jako pierwszy, a który miał już na łachmanach tego bloga swoją płemiełę. Nadgorliwi neofici mogliby to nawet uznać za szczególny znak, że powinienem zostać sławnym pisarzem, no ale że nie jestem nadgorliwy, więc jak już spróbuję swych sił i w tej dziedzinie, to w zupełności zadowolę się tytułem zwykłego literata, dobrowolnie zrzekając się tak trafnych określeń jak "sławny", "błyskotliwy", "genialny" itp.
To tyle na dziś. W produkcji następny odcinek najfajniejszego misia na świecie - misia Carlosa - jak Carlos przestanie chrapać i pozwoli mi pracować to kolejna historyjka z jego udziałem ukaże się na dniach, przed następnym weekendem.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Miś Carlos - Nuuuda

No i proszę, czas leci na łeb na szyję, jak z bicza w mordę strzelił, to już siódmy odcinek misia Carlosa (licząc z odcinkiem premierowym dla raczej hmmm dorosłych;).
Tym razem stała się rzecz niesłychana. Oto bowiem postanowiliśmy z Carlosem i znajomymi wybrać się na górską wycieczkę; wszystkie dostrzegalne znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak na nadchodzącą niepogodę. Carlos, który zazwyczaj pierwszy wyrywa się na każdą możliwą wyprawę postanowił wraz z wierną ekipą towarzyszy przeczekać burzę w domu, ja tymczasem mimo niesprzyjających prognoz zarzuciłem plecak na ramię i wyruszywszy na dwudniowy spacer napawałem się pięknem gorczańskich hal.
Podczas gdy pokonywałem kolejne wzniesienia Carlosa i spółkę dopadła prawdziwa nuuuda, z którą poradzili (?) sobie w następujący sposób.






poniedziałek, 3 sierpnia 2009

O demaskacji spisku jeszcze słów kilka

Szanowny Pan kochany brat nasz Analch co i rusz się zaszywa, innym razem dłubie nerwowo paluchem w jakichś jemu tylko znanych miejscach i w ogóle okrutnie się bulwersuje tym lub owym i nieustannie każdym kolejnym tekstem podburza lud licząc chyba na jakąś ogólnogalaktyczną rewoltę, która by wysadziła z siodła możnych tego świata, nieraz zdaje nam się po to tylko by, przejąwszy niczym nie ograniczoną władzę sam, jak mniemamy, mógł do woli pławić się w luksusie i zbytku. Podejrzane jego intencje złożyć by trzeba na karb iście nieciekawego stanu w jakim się czcigodny ów pan Analch znajduje przy czym stan ten choć świecki nie ma już nic wspólnego ze stanem wolnym, co jest przyznać musimy niemałą okolicznością łagodzącą tem bardziej jeśli wziąć pod uwagę, że pan Analch skuty ciężkimi okowami małżeńskiego jarzma nadzwyczaj mężnie dotąd znosił swą dolę z rzadka jedynie ulegając występnym podszeptom swej połowicy o rządzeniu światem.
Ponadto oddać mu winniśmy i tę należną mu sprawiedliwość, że w swych demaskatorskich zapędach obalenia panującego ładu, jak sięgnąć pamięcią zawsze posługiwał prawdzie, występek zaś tępił bez miłosierdzia, i tak wielce zasłużył się cnotom wszelakim, że w chwili tej gdy wespół z misiem Carlosem zdecydowaliśmy o wręczeniu mu Pluszowej Nagrody Pokoju nie drga nam ręka, ani też sumienie nie gryzie wcale, tym bardziej, że wierzymy, że byłby pan brat nasz Analch wodzem najprzedniejszym choćby dusza jego osłabła pochłonięta przez tak liczne a kruche i zwodliwe bogactwa codziennego bytu.
W umiłowaniu mądrości i dobra poczuliśmy jednak przemożne pragnienie uzupełnienia celnych obserwacji kochanego Analcha pewnymi wnioskami, które meandry światowego status quo niezawodnie eksplikują, przy czym pozostajemy i w tym przekonaniu, że nam tę nieskromność brat nasz wybaczy, takie bowiem powstało w nas przeświadczenie, że od chęci, które nas do tych wyjaśnień przywiodły uchylić się byłoby zbrodnią już chyba przeciwko samemu rodowi ludzkiemu.
Otóż drogi Analch wystąpił niedawno przeciwko potworowi, którego imienia nie wypowiemy, bynajmniej jednak we wstrzemięźliwości tej nie powodowani bojaźnią a raczej rozwagą by moloch karmiony niepotrzebnie myszo-kliknięciami nie stał się silniejszy niźli jest obecnie. Ma rację pan Analch, brat nasz kochany, że coraz to więcej absurdów wpleść chciałby moloch w życie nasze i tak też działa, by gadzim życzeniom jego co prędzej zadość się stało, jeśli zaś co go jeszcze powstrzymuje to zdaje się, że jedynie mężowie tak dzielni i roztropni jak właśnie Analch, którzy gotowi z narażeniem zdrowia swego i nie bacząc na potrzeby swoje smagać potwora biczem ukręconym ze cnót wszelakich jakie tylko człek prawdziwie rozumny posiadać może.
W świętej swej zapalczywości nie zauważył pan brat nasz, że bestia walcząc z każdym zdrowym przejawem działalności ludzkiej, czy to w postaci, reklam czy szyldów, czy też wreszcie ulicznego handlu własny ma w tym interes i intencje inne nieco niż zwykła plugawemu nasieniu nienawiść do rodu ludzkiego, o czym dalej słów kilka napomknąć musimy.
Oto przecież moloch jest członem większego organizmu, który nie wiedzieć czemu nosi nazwę dawnego placu starożytnych miast i tak jak ręka pomaga ustom przyjąć pokarm, i jednemu tylko panu służy tak i potwór pod pozorem dziennikarstwa pochylonego nad najżywotniejszymi sprawami ludu, rugując wymienione wyżej człowiecze wynalazki, które niczym innym nie są jak pomnikiem ludzkiej przedsiębiorczości czyni wszystko by organizm swój nasycić.
Nie może przecież pan Analch i tego zapominać, że jedną ze składowych części całej tej obrzydliwej istoty jest pewna firma zajmująca się branżą reklamową a jej billboardy miejscami pokrywają niezmierzone połacie miast; słowem, tak jak drzewa gęstymi lasami kładą się na zielonych wzgórzach Beskidów tak i geszeft ten chciałby zasłonić słońce rozległymi koronami wielgachnych ekranów reklamowych, wśród licznych słupów zaś, niczym w lesie skakały by sobie nieświadome niczego zajączki to znaczy gentis do tego poziomu sprowadzeni.
Że reklama dźwignią handlu, a i niewątpliwie nośnikiem informacji przeto byłoby plugastwu na rękę gdyby wszelkie inne źródło informacji zniknęło z ulic i okien miłujących pokój domostw, tak iżby stał się potwór jedynym pośrednikiem między potrzebującym rozgłosu sprzedawcą a jego przyszłym klientem.
Pewnie że to samo tyczy się sprawy szyldów ufni jednak, że pan brat nasz Analch bardziej od nas biegły w piórze, bliżej tę materię i z większą od nas biegłością przedstawić potrafi spuszczamy się na niego i w tej kwestii, śląc mu nieustannie najszczersze pozdrowienia, jak również wielce szacownej połowicy jego. Czekamy też na kolejny celny elaborat i trwając w świadomości, że tak zacnych mężów ziemia ta nosi, z większą nadzieją a bez niepotrzebnej troski spoglądamy w przyszłość, radując się na oczekiwane spotkanie i prosząc już dziś wielmożnego pana Analcha, by w dowód czystego serca w podarku z sobą przywiózł nam "Przeminęło z wiatrem" abyśmy mogli ze źródła tego zaczerpnąć wiedzy o życiu dawnych ludów odległego kontynentu i dogłębnie studiować ich zwyczaje co zwykliśmy byli czynić w latach minionych a od czego umiłowawszy mądrość stronić nie potrafimy.

Podpisano,
JE Miś Carlos i Pan Maciej aka Mr. Mache

Miś Carlos i pies Agat

Prawdziwie męska przyjaźń, choćby bezustannie wystawiana była na burze i gwałtowne wichry nieprzyjaznego losu, przetrwa jednak każdą próbę. Carlos jako mój oddany druh i wyborny kompan wyciąga mnie wciąż i wciąż ku coraz to nowej przygodzie, namawia na wojaże dalekie i bliższe, czasem literalnie ciągnie za uszy na zwyczajną przechadzkę po cudem chyba tylko ocalałych jeszcze zielonych zakątkach tego kure... o, przepraszam królewskiego miasta, a ja się uparłem, że nie, że jeszcze trochę musi poczekać, że innym razem, bo teraz poszukiwania pracy pochłaniają mnie do reszty tak że nawet do umiłowanego włóczęgostwa nie mam głowy.
Carlos jest rzecz jasna misiem wyrozumiałym i mądrym, zresztą gdy o tę ostatnią cechę chodzi to bywa że i do przesady, w każdym razie wie kiedy należy przestać nalegać; oczywiście sam jako zagorzały włóczykij i osobistość nietuzinkowa, o, przyznam, nadmiernej nieraz ciekawości szwenda się tam i sam w myśl starej zasady:

A droga wiedzie w przód i w przód, choć się zaczęła tuż za progiem...

Dlatego nie zdziwiła mnie specjalnie jego kolejna przygoda, która jak we wspomnianym wersie dosłownie zdarzyła się tuż za progiem - oto bowiem Carlos, wyszedłszy na spacer spotkał swego przyjaciela, wdzięczną psinę imieniem Agat. A co stało się potem to już postarałem się drogi Czytelniku przedstawić Ci w formie przypominającej obrazkowe pismo starożytnych Egipcjan, przez nas, dyplomowanych historyków zwane nie inaczej jak "tymi cholernymi hieroglifami".






wtorek, 21 lipca 2009

List motywacyjny i list otwarty do pana Boga

Tak to się zdarzyło że niemal pośrodku życia będąc, zresztą nawiasem mówiąc kto wie ile będę żył, może już środek dawno przekroczyłem, ale załóżmy na dzisiejsze potrzeby, że jestem tak mniej więcej w pół drogi, no więc pośrodku życia będąc, by sparafrazować poetę, w ciemnej znalazłem się dupie.
Ja wiem, wiem dobrze, jak to pisał towarzysz MarksiEngels, że czasem trza zrobić dwa kroki w tył żeby się rozpędzić i potem skoczyć chyżo przed siebie, no i dlatego olałem pracę, olałem mieszkanie i postanowiłem przede wszystkim zakończyć studia, ale teraz szlag mnie trafia, że znowu muszę całą tę zabawę z szukaniem roboty i ustatkowaniem się zaczynać od nowa.
No bo co? Kupuję gazetę, otwieram internet a tam wszędzie witają mnie te krzywo uśmiechnięte morduchny 20 letnich ludzi sukcesu, którzy szczerząc wybielone zęby próbują wmówić mi, że best job, great opportunity, huge career, albo to samo tylko po niemiecku (który mi już z mózgu wyparował i nie umiem go użyć poza radosną XIX wieczną przyśpiewką Gott erhalte, Gott beschuetze, unser Kaiser, unser Land) czekają na mnie i że w ogóle będzie git; wszyscy pracodawcy mnie kochają i potrzebują mnie jeśli tylko ja chcę sprzedawać ich zajefajne produkty najlepiej ze wszystkich pracowników i najlepiej za darmo, znaczy zdobywając cenne doświadczenie i jeżdżąc własnym autem po całym tym ogromnym kraju.
Ja oczywiście w przypływie chrześcijańskiej miłości bliźniego planowałem zostawić możliwość awansów kierowniczych młodszym i lepszym ode mnie ale hipopracy dla mnie na razie nie ma, ba nie ma nawet zwykłej brudnej roboty w stajni, o którą w chwili zadumy i troski o własne nerwy zabiegałem więc cóż, taka już dola i będę musiał dolepić sobie znowu sztuczne kły i wrócić na managerski rynek młodych wilków, udając że strasznie się cieszę że mogę z Tobą drogi kliencie biedronk... tfu wielkiego konsorcjum handlowo - usługowego mieć do czynienia.
Rozglądając się po tym pustynnym horyzoncie zauważyłem jednak dziś pracę idealną dla mnie. Oto potrzebna jest "osoba do składu i łamania". I to jest to! Przez całe życie nie mogłem właściwie spełnić tej jednej z podstawowych potrzeb przynależności do jakiejś grupy, a teraz jest szansa że to się zmieni. Nie wiem za bardzo o jaki skład tu chodzi ale zaraz napisałem odpowiedni list motywacyjny, który przytaczam in extenso:

Szanowni Państwo!
List ten piszę w odpowiedzi na państwa ogłoszenie.
Zdaje się, że jestem osobą, którą państwo potrzebujecie. Od dziecka uprawiałem sport jednak były to dyscypliny indywidualne i nigdy nie miałem możliwości realizacji palącej potrzeby przynależenia do żadnego składu. Nie udało mi się też przebić do grupy ogniskowej w podstawówce, jak również nie jarałem z kolegami w liceum i dlatego zawsze byłem outsiderem. Podczas kiedy na osiedlu tworzyły się różne ekipy i deklarując przywiązanie do takich czy innych barw klubowych obijały sobie ryje ja oglądałem grzecznie świerszczyki lub bawiłem się z moim jedynym przyjacielem, który na mnie nie krzyczał czyli komputerem. Dlatego choć nie mam doświadczenia w przynależności do składu to byłbym osobą, która temu składowi właśnie byłaby dozgonnie wierna, co musicie chyba państwo poczytać mi na plus i przyznać że ten mój brak eksperiencji jest sprawą cokolwiek pozytywną.
Z drugiej strony mam spore doświadczenie w łamaniu. Mogę łamać cokolwiek - od tekstów przez deski i kończyny, do charakterów i serc włącznie. Wiem jak to się robi - nie raz sam byłem ofiarą, wielokrotnie też wcielałem się w rolę łamacza i jest to dla mnie chleb można by rzec powszedni. Dlatego oczekiwane przez państwa zadanie łamania książek zobowiązuję się wypełniać sumiennie i zgodnie z przekazanymi instrukcjami.
Pozostaję z tym optymistycznym szacunkiem, że wszystko to by mi się jak i państwu opłacało, oczekuję więc na wiadomość i szczegóły co do miejsca i daty naszego spotkania, na którym będę, mam nadzieję, mógł w pełni zademonstrować wspomniane umiejętności łamania oraz przytulając się silnie do piersi członkiń składu (członków niestety wolałbym z przyczyn ideologicznych spostponować), okazać szczerość mych intencji.

No tośmy się pośmiali teraz ciut poważniej. Oto wiem, że na stronę tę wchodzą w przeważającej mierze sami bezbożnicy, ateusze lub wyznawcy fałszywego bożka opoja czyli moja najbliższa rodzina. Postanowiłem, że czas już najwyższy coś z tym zrobić.
Kiedy cały Izrael oddawał sie podłym praktykom składania hołdu Baalowi, Eliasz miał odwagę wyzwać ich wszystkich na próbę. Zgromadził ponad 400 kapłanów Baala i poprosił by modlili się do swego bożka o zaprószenie ognia pod ułożonymi stosami drewna. Ci przyjęli wyzwanie i przez ponad pół dnia, na oczach całego Izraela wołali do Baala o iskrę, prosili, krzyczeli, kłuli się mieczami - wszystko na darmo. Kiedy skończyli zrezygnowani i wyczerpani, głos zabrał Eliasz - trzykrotnie rozkazał oblać stos przed nim 4 dzbanami pełnymi wody tak że żerdzie niemal utopiły się w wykopanym wcześniej dookoła hałdy rowie. Później pomodlił się krótko do Boga i nagle, rach! ciach! z nieba błysnęło - drewno zapaliło się i ogień strawił pałąki.
No to teraz ja, jako, że jak wspomniałem jestem w ciemnym miejscu gdzie światło nie dociera, tutaj na tym blogu, wobec moich wszystkich kochanych kilku czytelników - niedowiarków proszę pana Boga, żeby zesłał mi pracę i mieszkanie, ot tak - bęc! tak jak niespodziewanie za dni Eliasza uderzył piorunem, żeby nie zwlekał tylko załatwił tę sprawę jak najszybciej ku mojej uciesze, swojej chwale i nawróceniu wyznawców opoja.
I zobaczymy co będzie. A właściwie zobaczycie, bo ja, nie powiem, że wiem, bo nie chciałbym, oberwać jak Hiob, albo jego znajomi mądrale ale wierzę, że będzie git.
No to alleluja i dobranoc.

środa, 15 lipca 2009

Rozwiązanie konkursu

W związku z uzyskaniem stopnia magistra i definitywnym zakończeniu studiów w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego (w skrócie IHUJ) kończę również trwający konkurs, podaję jego rozwiązanie i zapraszam sam siebie na gofra.
Otóż ogofrowany miś Carlos przybrał postać Franciszka Smolki natomiast jego kolega to jak wiadomo cesarz Franciszek Józef. Podpowiedzią, choć przyznaje że niełatwą był rok założenia punktu z goframi - 1848 - wtedy to rzeczony Smolka wespół z Florianem Ziemiałkowskim odegrał w Galicji pewną rolą w wypadkach politycznych.

czwartek, 9 lipca 2009

C. i K. Gofry

Nieuchronnie zbliża się moment kiedy na zawsze już zostanę magistrem historii starej, szacownej uczelni, alma mater nauki polskiej czyli UJ.
Tymczasem niespełna dwa tygodnie temu zapracowałem sobie na miano instruktora rekreacji ruchowej ze specjalnością hipoterapia i Carlos od tego czasu nie daje mi spokoju i zaprasza na świętowanie. Ja z radością chcę się jednak trochę wstrzymać, przynajmniej do momentu obrony, tym bardziej, że ostatnie dni spędzam jeszcze nad książkami przygotowując się do egzaminu magisterskiego.
Dlatego kilka dni temu Carlos wybrał się na gofry beze mnie za to z kolegą. I jak to zwykle w jego przypadku nie obyło się bez zabawnej sytuacji.






Kiedy Carlos opowiedział mi tę historię postanowiliśmy ogłosić konkurs. Zadaniem uczestników jest odgadnąć do jakich dwóch postaci historycznych, związanych naturalnie z Galicją, upodobnili się Carlos i jego kolega po zjedzeniu gofra.
Jasne, odpowiedź nie jest prosta, ale i nagroda nie byle jaka - oto bowiem razem z Carlosem zobowiązujemy się zafundować zwycięzcy pysznego gofra z dowolną ilością dodatków (pod warunkiem, że cena nie przekroczy, no powiedzmy że zaszaleję, 10 zeta - sorry, ale Carlos jest tak samo spłukany jak ja, zresztą to chyba i tak nadto).
Odpowiedzi należy zamieszczać w komentarzach pod postem. Konkurs trwa do rozstrzygnięcia lub odwołania. Baczność! Prawidłowa odpowiedź musi zawierać oba nazwiska naśladowanych postaci.
Uwaga! Gofrów nie wysyłam! Dlaczego? Bo tak sobie wymyśliłem, ja zarządziłem konkurs to i ja ustalam zasady - tylko odbiór osobisty!.
Start!

Uwaga! Konkurs!

Baczność! Już jutro wraz z pojawieniem się nowego odcinka misia Carlosa ogłoszony zostanie wszem i wobec wielki konkurs, w którym nagrodą będzie kulinarny rarytas w postaci gofra. Zwycięzca będzie mógł sobie wybrać składniki na gofra a ja zobowiązuję się za tę rozpustę zapłacić. Uwaga! Nagrodę odebrać będzie można osobiście po uprzednim umówieniu spotkania. Szczegóły już jutro!

czwartek, 11 czerwca 2009

Kocham Francuzki!

A tak! Kocham i już! Dobre to muszą być bowiem niewiasty, o ogromnej nota bene sile charakteru. Skąd to wiem? To proste: proszę tylko zobaczyć jak ten naród w ciągu stu minionych lat zniewieściał. Ja tam przy tym jakimś szczególnym zwolennikiem teorii ewolucji, pewnie w przeciwieństwie do Ciebie drogi czytelniku, nie jestem, ale tym razem, przełknę tę gorzką pigułkę i powiem tak: skoro Francuzi nieuchronnie od wieku niewieścieją, i nie zniknęli jeszcze z powierzchni ziemi, to znaczy, że proces ten nie jest chyba taki zły, a kto wie, może wręcz przeciwnie i wkrótce Marianna w wyścigu cywilizacyjnym tak nas prześcignie że pozostanie nam oglądać jedynie jej białe(?) plecy, albo... no może zostańmy przy plecach.
Ale za co ja tak te Francuzki kocham? Otóż wychowane przez nie silną kobiecą ręką obecne pokolenie właśnie podjęło decyzję o odrzuceniu wyjątkowo opresyjnego prawa proponowanego przez prezydenta Smarkozyego, które by w imię ochrony biednych tfurców wprowadzało całkowitą inwigilację internetu i jakieś dziwne kary pod tytułem "roczne upupienie w dostępie do globalnej sieci". Sędziowie francuskiego Trybunału Konstytucyjnego uznali, że propozycje zawarte w ustawie godzą w wolności osobiste synów i cór Marianny, wolności, dodajmy, jeszcze z czasów rewolucji (tfu!) francuskiej.
Nareszcie jakiś krok w dobrym kierunku. Co będzie dalej zobaczymy - ale Francja póki co w polityce europejskiej jako tako się liczy (co w sumie nie najlepiej świadczy od kondycji Europy) i miejmy nadzieję, że wyrok ten odwróci dotychczasową złą kartę i położy kres naciąganym i nieuczciwym procesom o prawa autorskie jakich przykład mieliśmy ostatnio w Szwecji tym bardziej, że szykanowane Pirate Bay wprowadziło do europarlamentu także swoje przedstawicielstwo.
Nie popadając w huraoptymizm chciałbym przy okazji schłodzić nastroje techno-fanów informacją z nieco innej dziedziny. Wraz z postępem nauki inwigilacja przybiera bowiem różnorodne formy. Ostatnio nie kto inny jak naród wybrany (ci to mają pomysły!) wymyślił sobie robo-penisa, który pełza niczym najprawdziwszy wąż i może podglądać co robią żołnierze w latrynach za linią wroga, i łechtać ich po uszach.



Tak, tak, mi to przypomina sławetną scenę z pandą z pewnego proroczego filmu



I to tyle na dziś Panie i Panowie. Bierzcie przykład z dzielnych Francuzów i przed spaniem popracujcie nad przyszłością skołatanego narodu polskiego. Ja tymczasem wracam do mojej największej z ziemskich miłości - Historii (haha!).

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Lednica 2009

No więc wybrałem się w weekend na Lednicę. Carlos twierdzi, że też tam był, podesłał mi nawet swój lednicki obrazek. Razem zgadzamy się z Carlosem, że w ogóle wszyscy powinni tam pojechać, kto tylko żyw. Przyznaje to ostatnio nawet polska telewizja puszczając w kółko spot, którego leitmotivem jest ryba. "Ryba jest dobra na wszystko" - brzmi hasło reklamówki. A w Lednicy też jest Ichtis to znaczy ryba - tworzy ona nawet dużą stalową bramę, przez którą można przejść i symbolizuje oczywiście Chrystusa.
Tematem spotkania był czas - dla mnie niewątpliwie problem bardzo na czasie;). Siedzę sobie ostatnio w czterech ścianach i walę szaleńczo w klawiaturę, by zdążyć obronić się na przełomie czerwca i lipca, co już nota bene zapowiedziałem mojemu drogiemu promotorowi, który wszystkimi siłami potrafił jednak ukryć ogarniającą go falę wzruszenia, że po wieloletniej, wspaniałej znajomości nieuchronnie nadchodzi chwila pożegnania. No więc siedzę, bywa, że do późna, i piszę; nie chodzę na piwo, nie chodzę na dziewczyny, nie chodzę w góry, właściwie to w ogóle nie chodzę, bo zamiast chodzić biegam, chociaż co prawda tylko wieczorami by rozprostować zesztywniałe kości.
A Lednicę wymyśliłem sobie już chyba kilka miesięcy temu i nawet nie bardzo wiem dlaczego. Po prostu ot tak uznałem, że jadę. Dwa dni przed wyjazdem zdobyłem na pkp bilet na św. Jacka - specjalny pociąg na Lednicę tam i z powrotem, pociąg widmo trzeba dodać, albo lepiej pociąg duch bo na pkp to o nim za wiele nie wiedzieli, a już zupełnie nic w informacji (trzeba pytać bezpośrednio w kasach). No ale było się w Panamie to się człowiek za łatwo spławiać nie daje, hehe.
Jak sobie już kupiłem bilet to przeczytałem, że Lednica to spotkanie młodych co jakoś wcześniej mi umknęło, i faktycznie w pociągu byłem chyba najstarszy. W koło pełno dzieciarni, studentów na lekarstwo, podczas postojów wszyscy wypełzają na peron, klaszczą, drą się, że "dadzą czadu dla Jezusa" - w ogóle atmosfera niezwykle budująca, aż kipiało od entuzjazmu, z tym, że ja z racji wieku i charakteru poczułem się cokolwiek wyobcowany.
Niepotrzebnie! Koniec końców podróż była fajowa, a na polach lednickich średnia wieku była już ciut wyższa, chociaż ciągle zdecydowanie dominowała młodzież raczej licealna niż brać studencka.
Na miejscu, zaraz po przejściu przez recepcję w ciągu kilku chwil zgubiłem oczywiście całą grupę ze św. Jacka. Pamiętałem tylko, że św. Jacek ma miejscówkę w sektorach "2" i "R" no i ostatecznie dotarłem do "eRki" - wyznaczonej stosunkowo blisko Ryby i sceny i na wprost dużego ekranu - super! Podobno były tam jakieś osoby z pociągu, ale ostatecznie nie wiem kto, co i jak, zresztą od momentu usadowienia się na polach to już nie miało znaczenia. Wprawdzie w koło pełno uśmiechniętych i życzliwych twarzy, ale ja przecież nie przyjechałem tam dla ludzi!
Wkrótce rozpoczęły się modlitwy, pieśni i tańce, wieczorem odbyła się msza. Mimo zimna i kapiącego deszczu (taa kapał to on do 23, a potem to już lunęło - miś Carlos) klimat był wyjątkowy. Na koniec przeszliśmy przez bramę - Rybę, ale sektor "R" czekał na to ponad godzinę, a kiedy otwarto nam drogę ludzie się rzucili i tłok był niemiłosierny, co trochę wypaczyło sens tego aktu.
Zastanawiałem się czy opisać samo nabożeństwo i tamtejsze modlitwy, ale ostatecznie myślę, że każdy z ponad 70 tys. uczestników mógłby powiedzieć na ten temat coś zupełnie innego, każdy przeżywał je zupełnie indywidualnie. Więc moja relacja właściwie bardziej mówiłaby o mnie i moim stanie ducha niż o samej Lednicy, a koniec końców blog, jeszcze nie do końca poważny i przy tym tak niezmiernie popularny jak ten, nie jest, jak sądzę, najlepszym miejscem na tego rodzaju intymne opowieści.
Po nabożeństwie rozpoczął się powrót w strugach deszczu, na nogach ma się rozumieć, przez cudowne równiny Wielkopolski - zjawisko przyrodnicze, które mnie - górala (haha) z Krakowa od jakiegoś już czasu prawdziwie zachwyca. Po drodze w odruchu chrześcijańskiej miłości bliźniego zainteresowałem się spanikowaną niewiastą, która wrzeszczała, że musi na pociąg, a nie wie którędy. No to pomogłem (hehe) przez co byłem świadkiem scen zupełnie osobliwych - Ulę, bo tak się ta dziewczynka nazywała, beznadziejnie bolały nogi, twierdziła nawet, że jej puchną, że ona już nie może, że nie ma kondycji, pytała a ile jeszcze, jak dużo kilometrów (9 - z pola Lednickiego na pkp w Lednogórze jest 9 km), a czy to na pewno odpowiednia droga, czy nie mogłoby już przestać padać, no i znowu: a ile jeszcze, bo przecież ona już nie może, a to, a tamto, a siamto. O rany!
Szybko uciekłem 20 m do przodu a tę swoistą drogę krzyżową pozostawiłem przypadkowej kompance Uli - Danusi, która te kwilenia znosiła ze zdumiewającym spokojem i z pełnym miłosierdzia wyrazem twarzy uporczywie kłamała, że do stacji kilometrów jest nie więcej niż 3 może 4 nawet gdy inni pielgrzymi zuchwale obalali jej twierdzenia (dzielna Danuto - pozdrawiam Cię! Obiecany medal wytrwałości w fazie projektu;).
Na dworcu przyszło nam wszystkim poczekać kilka godzin na pociąg, a potem zmiana mokrych ubrań i kimka w przedziale. Jednym słowem było cudownie!
A co za rok? Jeśli tylko Bóg pozwoli to będę, myślę sobie nawet, że postaram się zorganizować jakąś mini grupę i przyjechać z młodymi, którzy mam nadzieję skorzystają na spotkaniu jeszcze więcej niż ja.
Prawdopodobnie temat przyszłorocznej Lednicy będzie jakoś związany z kobietami, pewnie z Marią, co wstępnie zapowiedział o. Jan Góra i stwierdził, że na kolejny zlot mężczyźni powinni przybyć z kwiatami w rękach.
W związku z tym na koniec specjalna pieśń lednicka, która być może będzie śpiewana za rok.

Lednica2000 - Cała piękna jesteś przyjaciółko moja

A jeśli mój drogi czytelniku chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o spotkaniach, lub nie możesz się doczekać czerwca 2010 odwiedź lednicką stronę. Co ciekawe, już tej jesieni Lednica motocyklisty i Lednica seniora. Jak sobie jakimś cudem kupię do tego czasu motor (będę prosił - zobaczymy co z tego wyjdzie;) to jadę!
Do zobaczenia!
Acha a pod spodem lednicki obrazek od Carlosa: bo misie też kochają ryby! Z wzajemnością!

niedziela, 24 maja 2009

Miś Carlos - Wiooo!


Cóż, troszkę trzeba było poczekać na ten nowy wpis, ale tak to już bywa - ja mam ostatnimi czasy harmonogram napięty, a i Carlos łazi sobie tylko znanymi ścieżkami i nie zawsze zdąży mi opowiedzieć swoją ostatnią przygodę. O tym, że nasz miś nie próżnuje przekonać się zresztą nietrudno, wystarczy spojrzeć co tym razem mu się przydarzyło. Historia ta może zmrozić krew w niejednej żyle, proszę więc usiąść wygodnie i wziąć głęboki oddech. Wrażliwców uspokajam, że Carlos jest doświadczonym i zwinnym jeźdźcem dlatego i z tej opresji wyszedł cało, nie łamiąc nawet paznokcia.

Z uwag technicznych: zachęcam do otwarcia każdego obrazka w osobnej zakładce przeglądarki - jak ktoś zasponsoruje mi piórko i tusz to może wtedy obrazki będą rysowane grubą krechą i bardziej czytelne w miniaturkach.





sobota, 2 maja 2009

Miś Carlos na Majówce

Dzisiejszego pięknego dnia, miś Carlos postanowił udać się na majówkę. Słońce, przyroda, szum drzew, lekki wiaterek, to wszystko wpływa kojąco na nerwy każdego, choćby i był niedźwiadkiem. Tymczasem Carlosa spotkała pewna przygoda - nic wielkiego - pewnie i Tobie drogi czytelniku przydarzyło się to nie raz, jeśli zaś nie, to nie śmiej się z misia a wyciągnij raczej naukę na przyszłość, by uniknąć podobnych wypadków.
Acha, jeśli ktoś martwi się losem Carlosa to śpieszę wyjaśnić, że dzwonił do mnie i już wszystko gra.






Kolumbijskie bajanie

Troszkę ostatnio udziela mi się ogólnoświatowa panika: na świecie świńska grypa (o której oczywiście dowiedziałem się z bloga Analcha, bo tv nie oglądam, gazet nie czytuję), a do tego kryzys ekonomiczny hula w najlepsze. Co do świń to sprawa wydaje się szczególnie niebezpieczna - w Polsze od tych zwierzątek aż się roi, a ich szczególnie niesympatyczna odmiana nierzadko zbiera się w pewnym gmachu w Warszawie. Pół biedy gdyby jeszcze stadko na stałe sobie tam siedziało, ale nie, po świńskich obradach, podczas których beztroskie prosięta obrzucają się radośnie g....m, wszystkie co do sztuki rozjeżdżają się po całym kraju i rozsiewają zarazę głupoty i zbydlę... przepraszam ześwinienia. Zresztą co tam Warszawa przecież i tu w samym tylko grodzie Kraka ich nie brakuje.
Jeśli chodzi zaś o kryzys, to doprawdy przyprawił mnie on już o niejedną zmarszczkę na moim biednym czole - ostatnimi czasy trzy firmy, z którymi miałem podjąć jako taką współpracę postawiły sprawę jasno - "sorry Winetou, nie mamy kasy" i tak bujam się już drugi miesiąc i prostej ciągle nie widać.
Dlatego nie pozostaje nic innego jak usiąść sobie wygodnie i powspominać dobre, wcale niedawne, czasy kolumbijskich przygód, tym bardziej że nawet krótki wyjazd majowy jest dla mnie chwilowo nieosiągalny.
W ogóle, gdy tak sobie pomyślę o tej całej wycieczce to wydaje mi się ona jakimś snem - kolorowym i radosnym, ale w sumie dość nierzeczywistym. Przemierzyłem sam, zupełnie sam, bo nie liczę płytkiej znajomości ze spotkanymi po drodze latynoskimi kompanami, z którymi zresztą i tak właściwie nie potrafiłem się porozumieć, więc przemierzyłem jakiś tam kawałek świata, oddalonego od naszej Europy o całe lata świetlne; udało mi się zachować zdrowie, zobaczyć parę przepięknych widoków, liznąć odrobineczkę kultury i ostatecznie nawet się kilka razy wzruszyć. Ale teraz jestem znów, tu gdzie jestem moje życie nie nabrało jakiegoś diametralnie innego biegu, niczego też specjalnego nie odkryłem - w sumie więc tak jak sen pozostaje bez większego wpływu na naszą codzienność, tak ta wspaniała podróż, której nie zamieniłbym na nic innego, nie zmieniła mojego marnego żywota, nie wlała w niego większej ilości sensu, ani też tego sensu go nie pozbawiła, choć po prawdzie dostarczyła mi przecież niejednej okazji do refleksji.

Moim najbardziej osobistym wspomnieniem z podróży jest Pacyfik, a dokładniej chwila kiedy unoszony po raz pierwszy lanchą (czyt. lanczą), czyli po naszemu po prostu motorówką, wraz z paroma Kolumbijczykami cięliśmy błękitne fale oceanu, na raty przybliżając do Panamy.
Wyruszyliśmy z Bahia Solano, jeśli mnie pamięć nie myli, trzeciego dnia przed południem. Zwłoka spowodowana była awarią silnika motorówki, tak, że do łodzi pakowaliśmy się chyba ze trzy razy. Przed wodowaniem zostaliśmy (a właściwie to nasze plecaki) dokładnie sprawdzeni przez mundurowych, potem, już w lanchy przyszło nam sobie z godzinkę posiedzieć w oczekiwaniu na właściciela, który udał się chyba na śniadanie. Kiedy wreszcie się pojawił i pożegnaliśmy zacumowany przy molo Correo Pacifico nie mogłem wyjść z podziwu dla własnej zaradności, która kazała mi ze wszystkich rzeczy, które posiadałem w plecaku, wyciągnąć niewielki, czerwony kocyk. Ten kawałek materiału podczas trudnych dni wyprawy, niemal codziennie oddawał mi przysługę i chronił a to przed wiatrem, a to przed zimnem, czasem przed palącym słońcem lub wilgocią, innym razem stanowił poduszkę dla mojej zmęczonej głowy lub pełnił funkcję prowizorycznej kołderki. Jednym słowem kocyk, jako, jak się przekonałem, niezbędny element ekwipunku każdego podróżnika z pewnością zasługuje na osobny wpis, i pewnego dnia, jeśli starczy sił, zdrowia i dowcipu napiszę dla niego należny mu rapsod.
Kiedy wyruszyliśmy zimny pęd powietrza bezlitośnie smagał mój biały korpus delicji (czy jak to się pisze;), obok Kolumbijczycy kulili się chroniąc ciała przed chłodną bryzą i łapczywie spoglądali na moją osobę, otuloną szczelnie pledem jakby jakimś całunem. Na domiar złego - Lazaro - nasz kapitan po około kwadransie przypomniał sobie o czymś co zostawił na brzegu Bahia Solano, czekała nas więc droga powrotna i dodatkowe minuty cierpień.
Kiedy jednak wreszcie opuściliśmy zatokę, powietrze stało się znacznie cieplejsze, a w rzadkich, na szczęście, chwilach kiedy motorówka zwalniała, lub przystawała zdawało nam się wręcz, że się na białej powierzchni lanchy upieczemy niczym tłuściutkie kawały mięsa na rozgrzanej patelni. Każdy z nas życzył więc sobie, by teraz łódeczka mknęła co sił przed siebie, mimo że podskakikała przy tym twardo na falach, tak, iż już po chwili byliśmy w pewnym wiadomym miejscu niemiłosiernie poobijani.
Ja jednak zupełnie tego nie czułem - gapiłem się chciwym wzrokiem na Pacyfik, jak dziecko w wymarzoną zabawkę. Patrzyłem na pomarszczone fale, na mieniące się różnymi kolorami pieniste bałwany, które połyskiwały pysznie tysiącami światełek. Woda błyszczała dziesiątkami odcieni: tutaj była błękitna, trochę dalej szmaragdowa, tam znów miała barwę polerowanej stali, jej powierzchnia zaś pulsowała żywo niczym magiczna planeta, pełna gór i szumiących lasów, wąwozów, kształtnych dolin i przełęczy, jakowyś pustyń, bogata w zimne kratery i plujące szafirem, rozedrgane wulkany. Raz za razem, albo to jak znajome Pieniny, albo jak krajobraz zgoła księżycowy - tafla wciąż i wciąż fałdowała się i mięła w okamgnieniu i proszę mi wierzyć, Krakusowi z dziada pradziada, który ukochał sobie bieszczadzkie łąki, pagórki i knieje, proszę uwierzyć, choćby to zabrzmiało jak fraza z najtańszego hollywoodzkiego filmu, że nigdy w życiu nie doświadczyłem niczego piękniejszego i wiem, że na całym tym wielkim świecie, nie ma widoku równie cudownego prócz jednej tylko rzeczy, którą być może kiedyś dane mi będzie ujrzeć, a o której nigdy nikomu nie powiem póki jej nie zobaczę.
Tak sobie trwając w zachwycie, miałem jeszcze na tyle rozsądku żeby znowu przykryć się kocem, tym razem jednak zrobiłem to na tyle niedbale, że ramię i lewy policzek - zwrócony ciągle w stronę oceanu spaliłem sobie niczym rak.
Po prawej stronie zieleniło się odludzie Darien. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że cały przesmyk przepłyniemy na lanchach w kilka godzin przyszło mi do głowy, że Mister Cejrowski jednak grubo przesadza chwaląc się przejściem tej trasy. Dopiero, gdy dojrzałem strome wzniesienia i szalone nierówności terenu, a przede wszystkim kiedy zobaczyłem gęstą niczym mech dżunglę Darien zrozumiałem, że spacer tamtędy to wyczyn godny greckich bogów i to tych raczej, którym brak co najmniej piątej klepki.
Po około trzech godzinach dopłynęliśmy wreszcie do ostatniego przystanku przed Panamą - Jurado. Widok jaki nas powitał, był jedyny w swoim rodzaju - takiej plaży nie zobaczycie w żadnym filmie. Gorący piasek i długaśny, płaski brzeg, który pozwalał bez obawy kąpać się kilkadziesiąt metrów od pierwszego szeregu palm robiły piorunujące wrażenie. Dopiero, gdy się zbliżyć widać, że tubylcy każdej niepotrzebnej rzeczy pozbywają się przynosząc ją w darze Posejdonowi - tony śmieci zalegają więc w pobliskich zaroślach zadając kłam tezom o turystycznej dewastacji przyrody.
Jurado to już jednak temat na osobne rozważania, na które pozwolę sobie innym razem, w końcu muszę przecież chociaż kilka opowieści zachować na ciężkie czasy kiedy to znowu w oczy zaglądnie nam kryzys.

środa, 29 kwietnia 2009

Samorost!

Acha w oczekiwaniu na Misia Carlosa, jeśli ktoś lubi takie dziwne klimaty (ja uwielbiam!) linkuję chyba najlepszą, niemłodą już zresztą grę internetową z jaką się kiedykolwiek zetknąłem pod tytułem Samorost. Dziełko jest czeskie, atmosfera i poetyka gry jedyna w swoim rodzaju. Warto nałożyć słuchawki i wejść w ten niepowtarzalny świat tym bardziej, że przejście całości zajmuje parę, paręnaście minut. Rzecz polega na klikaniu w odpowiednie miejsca planszy, co wywołuje jakiś logiczny efekt i posuwa nas (albo nie) dalej ku przygodzie.
Jak ktoś ma zajawkę to w sieci można pograć także w bardziej rozbudowanego i jeszcze ciekawszego Samorosta 2 z tym, że tutaj, bezpłatna przygoda kończy się na uratowaniu naszego pieska - drugi rozdział dostępny jest tylko za opłatą - mimo to warto poświęcić chwilę, żeby zanurzyć się w tą wyimaginowaną i całkowicie fantastyczną rzeczywistość.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Brzemię masturbacji

No, jak sobie tak pomyślę to większość, jak nie wszystkie rzeczy w moim dorosłym życiu sprowadzają się ostatecznie do masturbacji. Nie chodzi mi przy tym tylko o samogwałt sensu stricto, ale o ogólne łechtanie samego siebie i swojego ego w poszukiwaniu przyjemności.
No bo tak: człowiek umawia się ze znajomymi, idzie sobie na piwko, wysila się na dowcipy, słowem robi co może, by zyskać poklask i szacunek ziomków, wszystko po to tylko żeby następnym razem znajomi o nim nie zapomnieli i zadzwonili, gdy znowu zaplanują wspólne spotkanie; w końcu jeśli chodzi o kontakty towarzyskie to najczęściej "zaproszony" znaczy "doceniony".
Oczywiście nie mówię, że trzeba się przy tym jakoś specjalnie błaźnić - bo granicą błazenady, którą wielu świadomie unika jest chwila, z którą taki przeciętny człekokształtny traci do siebie szacunek - wtedy zdobyta ewentualnie estyma jest po prostu nieporozumieniem.
Inny przykład na poparcie moich masturbacyjnych odczuć? Proszę bardzo - wystarczy spojrzeć choćby na tego bloga. Siedzę sobie wygodnie, walę od czasu do czasu w klawiaturę (rzecz jasna), a okazjonalnie mój ciekawski wzrok pada na statystyki popularności. Jakże mile łechta mnie wtedy fakt, że strona odwiedzana jest także przez kogoś innego niż bliscy, czasem nawet trafi tu jakaś zagubiona dusza z dalekiego wschodu.
Koniec końców najwięcej jednak unikalnych gości jest z Polszy, ale jak się tak człowiek wczyta w zgromadzone przez liczydełko informacje to okazuje się, że rodacy w nosie mają to co piszę a w głowie im tylko d..y i penisy.
Na przykład niezmienną popularnością cieszy się post pod znamiennym tytułem: Seks, czyli świńskie zdjęcia penisów żeby wkurzyć cenzorów i wywołać skandal. Ja wiem, że to dobry kawałek tekstu, no ale, jak sądzę, ludzie trafiają na niego wpisując w góglach parę wiadomej treści słówek no i wychodzi jak wychodzi.
Z tego powodu ciągle waham się czy postawić na ilość, rzucić jeszcze parę postów o pierdzeniu i dłubaniu kozom w nosach i liczyć że wśród odwiedzających wieprzków znajdą się jakieś zagubione perły, które zostaną na tym blogu na dłużej, czy pozostać przy jakości i zbierać niekończące się pochwały od bezkrytycznie nastawionej rodzinki.
Kolejna sprawa to artykuł, który niedawno popełniłem. O czym? No oczywiście o masturbacji. To co zesznrukowałem to tylko pierwsza część, ale jak poszukać na portalu (jest na stronie głównej) to znajdzie się i część druga.
Jednym słowem, mam nieodparte wrażenie, że w kółko od lat wałkuję mimo woli ten sam temat.
Oczywiście ja wychodzę z chrześcijańskiego założenia, że żadna miłość nie może być zła, ergo odnosić się to musi także do miłości własnej. Z drugiej strony jak sobie pomyślę jakim to trzeba być nadętym i zapatrzonym w siebie bufonem i bęcwałem żeby siedzieć w parlamencie takim siakim, czy owakim (polskim czy europejskim), albo z perspektywy autorytetu wypisywać po gazetach te wszystkie idiotyzmy i komunały, na jakie co dzień można się natknąć przeglądając prasówkę lub internet to dochodzę do wniosku, że ta miłość własna jest jednak cokolwiek podejrzanej proweniencji.
No to tyle na dziś, zareklamowałem swój artykuł, napisałem parę zgrabniutkich zdań, czekam więc na komentarze, pozdrawiam moich wiernych czytelników i żegnam się po panamsku.
Pa! pa! ene a! eme a!
Panama!

Mr. Mache en Colombia y Panama

Kiedy tak sobie myślę o ostatnich objawach mojego umysłowego szaleństwa, które niedawnymi czasy najpełniej wyraziła podróż do Kolumbii, to ciągle trudno mi to wszystko ująć w słowa.
Troszkę się tam nałaziłem, nawet całkiem dosłownie zdarłem sobie buty, a mimo to wrodzona skromność nie pozwala mi zapomnieć, że przecież niejeden szeregowy podróżnik ma dużo więcej do opowiedzenia niż ja.
Ostatecznie przespacerowałem jedynie mały kawałeczek Kolumbii i jeszcze mniejszy Panamy; ja tam zresztą sądzę, że w swojej istocie cała ta wyprawa nie różni się niczym od przechadzek po moich mszańskich pagórkach i zielonych łąkach, no ale, że ludzie bardziej lubią posłuchać o różnych takich egzotycznych schadzkach niż o podziwianiu uroków Grunwaldu i Lubonia, to spróbuje wreszcie coś z siebie wykrztusić.
Otóż pewnego pięknego wieczoru nareszcie wylądowaliśmy w Bahia Solano. My to znaczy ja, pasażerowie, załoga Correo Pacifico i przelękniony pies, który przez dwa dni osamotniony ujadał na pokładzie wśród setek kilogramów owoców, napojów i innego rodzaju ładunków.
Podróż na łajbie była prawdziwym koszmarem, przy którym przejażdżka kuszetkami w PKP sprzed 10 lat wydawała mi się nieosiągalnym szczytem luksusu. Zresztą co ja porównuje - to są dwa różne światy i PKP z opadającą, zasikaną deską to jest Sheraton.
W kajucie upał doskwierał niemiłosiernie i jak sądzę przekraczał 40 stopni C (jeden z pasażerów odważnie szacował temperaturę na 45 st. C); ostatecznie nawet Kolumbijczycy mieli dość, no ale to ja musiałem pożegnać swój podkoszulek, który po tej przygodzie, mimo wielokrotnego prania już nigdy nie odzyskał świeżości.
Przez dwa dni i dwie noce miażdżyliśmy fale Pacyfiku stłoczeni w pomieszczeniach o wymiarach 1,80x1,80 m (nie mogło być więcej skoro wyciągnięty musiałem podkulać nogi) i wysokości ok. 2,20 m (leżałem na górnej koi i do sufitu miałem jakieś 30 cm - nie mieściło się całe przedramię - jednym słowem w trumnie ma człowiek chyba więcej miejsca). W mojej kajucie gnieździło się jakieś 8 osób; dwie, może trzy starsze murzynki i ich liczne, jak mniemam, wnuczęta - wszyscy leżeli otępieni gorącem jakie biło przez podłogę przez pracujący poniżej 24 godziny na dobę silnik. Stojąc w skarpetkach na posadzce można się było zwyczajnie poparzyć.
Prawdziwy problem polegał na tym, że na całym stateczku nie istniało właściwie żadne inne miejsce, prócz mojej kajuty gdzie mógłbym się jako tako ułożyć - przez dwa dni szalała ulewa, więc górny pokład odpadał, zresztą leżenie tam, bez żadnego zabezpieczenia przy bujającym statku i obezwładniającej senności mogło się skończyć niekontrolowanym lądowaniem za burtą.
W malutkim korytarzu zalegały rozwalone bez ładu i składu ciała pozostałych pasażerów, a jedyną oznaką życia jaką przez dwa dni wydawały był słaby ruch przy nieumyślnym nadepnięciu, kiedy wyprawiałem się do toalety. Sam korytarz również był duszny, bo z uwagi na ulewę spuszczono gruby brezent i wnętrze statku zamknęło się jakby kokon - nie pomagały otwarte drzwi, nic nie mogły dać miniaturowe okienka - powietrze uparcie stało i nie miało zamiaru poruszyć się ani trochę.
Na dolnym pokładzie urzędowała załoga, ale z niej początkowo nie kojarzyłem nikogo prócz kucharki, która była świadkiem moich zmagań z chorobą morską, i która w związku z tym częstowała mnie ciepłą i obrzydliwą mi agua panelą (czyli taką specyficzną wodą z cukrem) na koszt firmy. Ostatecznie nie udało mi się przez dwa dni przyjąć właściwie żadnego pokarmu prócz dwóch paczek ciasteczek, po sześć ciasteczek w paczce, ale za to ponieważ nic nie jadłem to niczego się też nie pozbyłem, no przynajmniej tą niewłaściwą drogą paszczową.
Dlatego kiedy tylko zacumowaliśmy w Bahia Solano odczułem ogromną ulgę, choć przy tym wszystkim uległem wrażeniu chwili: najpierw po prawej, później gdzieś po lewej zamajaczyło parę światełek, trochę dalej na horyzoncie straszyła ciemna obwódka dżungli, gwiazdy pochowały się za chmurami, w sumie zrobiło się cokolwiek mrocznie, ale jakże intrygująco. Do łajby podpłynęła śmieszna, jak mi się wydało, łupinka, która zabrała część pasażerów na ląd do ich domów - statek powoli pustoszał, w końcu dobił do małego molo i tak spędziliśmy resztę nocy.
Do kajuty już nie wróciłem - spędziłem noc tułając się z krzesła na krzesło, a kiedy zaczęło świtać, wyskoczyłem na górny pokład podziwiać wschód słońca i rozważać kierunki świata: spoglądając na wschód uciekałem myślami do bliskich, i zastanawiałem się jakiego rodzaju obłęd kazał mi dźwigać pożyczony plecak gdzieś na drugim końcu świata.
- Ha, ha! - śmiał się na drugi dzień właściciel (jedynego) baru przy molo, gdzie w towarzystwie młodego żołdaka popijałem słodką kolumbijską Colę czyli moje ulubione Hipinto. - Wyobrażasz sobie mnie na takim zadupiu w Polsce? Aleś się kolego wyprawił!
No i miał rację: trudno mu było wyimaginować sobie tą moją odległą ojczyznę, i żyjących tam ludzi, mimo że obcokrajowca w postaci, jak sądzę, pospolitego Hamerykana pewnie już kiedyś w życiu widział. Jego odczucia i trudności dzieliła chyba cała jednostka żołnierzy stacjonująca w Bahia Solano, która na widok mojego białej osoby pod pobliskim wodospadem wydawała z ciężarówek radosne pohukiwania Polaco! Polaco!.
Ponieważ w okolicy (jak w całej dzikiej prowincji Choco) kręciła się guerrilla więc na nadbrzeżu szybko na stałe pojawiły się małe oddziały mundurowych, które zajęły się kontrolą ładunku (czy aby nie ma tam jakiejś broni dla banditos) i ochroną statku i jego załogi - nieco później przypłynęły dwie odpowiednio uzbrojone policyjne motorówki, a w końcu pojawił się nawet niewielki pancernik, z tym że ja nie czułem się z tego powodu bezpieczniejszy, bo gdyby guerrilla chciała zapolować na żołnierzy to oberwalibyśmy niechybnie i my.
Wracając do Bahia Solano to jest to mała mieścina, do której nawet diabeł nie zagląda by powiedzieć "dobranoc" - nie prowadzą tam żadne drogi lądowe, bo dróg lądowych w Choco w ogóle jak na lekarstwo. Ale autochtoni w postaci viejito czyli miejscowego staruszka zapewnili mnie, że wioskę sezonowo całkiem licznie odwiedzają turyści zwłaszcza skośnoocy (a może to mój hiszpański płatał mi figle?), dowodem zaś na to były dwa drewniane dość drogie zresztą hoteliki. Ja z całego tego miejsca najbardziej zapamiętałem po pierwsze primo urzędników imigracyjnych, którzy w dobrych intencjach wprawdzie, ale jednak wymięli i dokumentnie obmacali mój paszport, po drugie primo lokal gdzie za 4 złote po raz pierwszy od zejścia na suchy ląd najadłem się ryżu, jajecznicy, patacones (czyli pożywnego banana w formie placków), wypiłem Colę i skorzystałem z toalety bez drzwi, do której, zanim został uprzedzony przez żonę, w kluczowym dla mnie momencie wparował właściciel, rzucił roztargnionym spojrzeniem, przeklął tę chwilę i szybko uciekł pojękując głośno "ajajaj gringo, gringo!"
I niech to będzie dziś na tyle. Może trochę bez ładu i składu, ale takie są te moje wspomnienia, nieułożone i nieokrzesane - bez puenty, czasem bez sensu, za to jeszcze ich trochę zostało więc mam nadzieję, że to nie koniec.
Acha wszystkich fanów Misia Carlosa (czyli siebie, ech ta schizofrenia) przepraszam za opóźnienie - kolejny odcinek ukaże się na dniach.

sobota, 11 kwietnia 2009

Trochę inna Biblia czyli Pismo Święte wg Szymona Rysownika

Tak jest, przyszedł nagle, zupełnie nieoczekiwanie i znienacka Wielki Tydzień, a z nim czas na to i owo - dla jednych to chwila na wypoczynek, dla innych na rozmyślania. Ja wprawdzie ze względu na umysłowe ograniczenia za dużo nie myślę, ale siedząc sobie i dumając nad tym co tu mądrego w te szczególne dni mógłbym napisać przyszła mi do głowy pewna idea.
Otóż by zmajstrować jakoweś ważniejsze rozważania czy porady niestety rozumu i dowcipu mi nie staje, za to do tradycji Wielkiego Tygodnia i wydarzeń sprzed niemal 2000 lat chciałbym nawiązać w troszkę inny, niecodzienny sposób.
Pan Szymon Bisley to urodzony w 1962 roku obywatel królestwa Wielkiej Brytanii i aktywny członek death-metalowego zespołu Kaotika, w którym co sił w kończynach udziela się na garach znaczy instrumentach perkusyjnych.
Szerszej publiczności jest on jednak znany nie jako muzyk a jako rysownik komiksów - wypłynął gdzieś w latach 90-tych różnego rodzaju pracami, między innymi zaprojektował okładkę gry "Gods" - jak ktoś nie pamięta, to była to typowa platformówka na starą dobrą Amisię - mi się nawet podobała, ale bratu nie bardzo, a ponieważ on jako starszy rządził w domu, to chyba nigdy nie przeszedłem choćby i drugiego poziomu.
Ostatecznie gdyby zapytać przeciętnego czytelnika komiksów z Polszy (i pewnie na świecie) to przypomni sobie zwariowaną kreskę w niezapomnianym "Lobo. Ostatni Czarnian" a później mroczną orgię barw (z przewagą krwistej czerwieni;) w malowanym już "Batman. Judge Dredd".
Charakterystyczny styl Bisleya, komiksowa przesada, muskularność postaci i głębokie cienie sprawiają że ilustrowane przez niego historyjki można smakować po wielokroć. Ja osobiście najbardziej cenię sobie prace ze wspomnianego Lobo - chyba jedne z jego ostatnich, typowo rysunkowych, później bowiem zwrócił się w kierunku technik malarskich z dominantą aerografu tak, że otrzymana mieszanina nie jest już, przynajmniej dla mnie tak lekkostrawna jak nieskrępowana niczym, stara dobra kreska.
Dlatego niezmiernie się ucieszyłem kiedy przypadkiem, szwendając się po kolumbijskim bruku trafiłem na, w przeważającej mierze, rysunkowy album Bisleya; wydany w twardej oprawie, pod znamiennym tytułem "Biblia" leżał sobie spokojnie na księgarskiej półce. Bez wahania sięgnąłem po dziełko, szybko, bezszelestnie i całkowicie nielegalnie zdarłem opakowanie przy czym zostałem chyba przyłapany, bo chwilę później pojawiła się obok mnie pani, która od tej pory nie spuszczała ze mnie oka, ale też nie śmiała zwrócić mi uwagi. Biali, wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni budzą jednak w Ameryce Łacińskiej ciągle należy respekt ;).
"Biblia" opowiedziana przez Bisleya okazała się zbiorem szkiców i obrazów z końca lat 90-tych ubiegłego wieku; autor wybrał sobie według uznania interesujące go biblijne scenki i następnie zilustrował je ze zwyczajną sobie swadą i polotem, nie bez typowo rysowniczego zacięcia.
Są tam więc zarówno przedstawienia ze "Starego Testamentu" np. Dawid i Goliat czy potop, jak również z Ewangelii; na mnie szczególne wrażenie zrobiło kilka wersji "Zwiastowania NMP" czy sceny z Jezusem. Co wrażliwsze oko uzna je może nawet za obrazoburcze, myślę jednak, że jeśli istnieje sztuka współczesna, inna od pokręconych i niezrozumiałych instalacji lub sprzedawanych w puszkach ekskrementów i temu podobnych dziwactw to obcując z "Biblią" mamy z nią właśnie do czynienia.
Jeszcze jedna rzecz mnie w tej publikacji urzekła, a mianowicie, to że znajduje się tam sporo niedokończonych rysunków, lub tych samych scen w kilku rysunkowych wersjach, które po kolejnym ich opracowaniu i przetworzeniu stają się malowidłami. Dzięki temu można podpatrzeć nieco warsztatu Bisleya od przysłowiowej kuchni.
Co natomiast skutecznie zepsuło mi dobry humor to, oczywiście, cena. Nie wiem czy album został wydany w wersji polskiej, w każdym razie edycja kolumbijska kosztowała w przeliczeniu na złotówki grubo ponad sto złotych. Dla mnie to za dużo.
Zainteresowanym polecam filmik na youtube gdzie, w marnej niestety jakości i nie najlepszym kadrowaniu można zasmakować prac mistrza. Jak informuje podpis jest to tylko część pierwsza ale autor nie raczył na razie wrzucić części drugiej. Zobaczyć tam można sporo scen ze Starego Testamentu (kuszenie Ewy, wygnanie z raju, potop, Dawid i Goliat), jak i kilka z Nowego Testamentu w tym różne wariacje Zwiastowania. Otwierający sekwencję rysunek to oczywiście kuszenie Jezusa na pustyni, ostatnie zaś to rzezie chrześcijan. Link znajduje się TUTAJ
A tutaj sznurek do oficjalnej galerii Bisleya i jednego z rysunków z "Biblii".
Pozdrawiam świątecznie! Alleluja!

sobota, 4 kwietnia 2009

Miś Carlos

Tak jak zapowiadałem dziś kolejny frapujący odcinek misia Carlosa. Specjalnie dla Was, specjalnie na weekend, pełen eksluzyw czyli po polskiemu z wyłącznością na tę rycerską stronę. Odcinek świeży jak oddech polarnego misia i ciepły jak moje uczucia do gór. Miłego weekendu!





piątek, 3 kwietnia 2009

Ankietka

Amigos! Coby nieco rozruszać Wasze członki po prawej stronie (troszkę niżej) zamieściłem nową ankietkę. Proszę o przemyślane głosowanie, tak jakby od tego zależały losy galaktyki.
A jutro będzie komiks, jak sprzęt pozwoli. Czuwaj!