sobota, 2 maja 2009

Kolumbijskie bajanie

Troszkę ostatnio udziela mi się ogólnoświatowa panika: na świecie świńska grypa (o której oczywiście dowiedziałem się z bloga Analcha, bo tv nie oglądam, gazet nie czytuję), a do tego kryzys ekonomiczny hula w najlepsze. Co do świń to sprawa wydaje się szczególnie niebezpieczna - w Polsze od tych zwierzątek aż się roi, a ich szczególnie niesympatyczna odmiana nierzadko zbiera się w pewnym gmachu w Warszawie. Pół biedy gdyby jeszcze stadko na stałe sobie tam siedziało, ale nie, po świńskich obradach, podczas których beztroskie prosięta obrzucają się radośnie g....m, wszystkie co do sztuki rozjeżdżają się po całym kraju i rozsiewają zarazę głupoty i zbydlę... przepraszam ześwinienia. Zresztą co tam Warszawa przecież i tu w samym tylko grodzie Kraka ich nie brakuje.
Jeśli chodzi zaś o kryzys, to doprawdy przyprawił mnie on już o niejedną zmarszczkę na moim biednym czole - ostatnimi czasy trzy firmy, z którymi miałem podjąć jako taką współpracę postawiły sprawę jasno - "sorry Winetou, nie mamy kasy" i tak bujam się już drugi miesiąc i prostej ciągle nie widać.
Dlatego nie pozostaje nic innego jak usiąść sobie wygodnie i powspominać dobre, wcale niedawne, czasy kolumbijskich przygód, tym bardziej że nawet krótki wyjazd majowy jest dla mnie chwilowo nieosiągalny.
W ogóle, gdy tak sobie pomyślę o tej całej wycieczce to wydaje mi się ona jakimś snem - kolorowym i radosnym, ale w sumie dość nierzeczywistym. Przemierzyłem sam, zupełnie sam, bo nie liczę płytkiej znajomości ze spotkanymi po drodze latynoskimi kompanami, z którymi zresztą i tak właściwie nie potrafiłem się porozumieć, więc przemierzyłem jakiś tam kawałek świata, oddalonego od naszej Europy o całe lata świetlne; udało mi się zachować zdrowie, zobaczyć parę przepięknych widoków, liznąć odrobineczkę kultury i ostatecznie nawet się kilka razy wzruszyć. Ale teraz jestem znów, tu gdzie jestem moje życie nie nabrało jakiegoś diametralnie innego biegu, niczego też specjalnego nie odkryłem - w sumie więc tak jak sen pozostaje bez większego wpływu na naszą codzienność, tak ta wspaniała podróż, której nie zamieniłbym na nic innego, nie zmieniła mojego marnego żywota, nie wlała w niego większej ilości sensu, ani też tego sensu go nie pozbawiła, choć po prawdzie dostarczyła mi przecież niejednej okazji do refleksji.

Moim najbardziej osobistym wspomnieniem z podróży jest Pacyfik, a dokładniej chwila kiedy unoszony po raz pierwszy lanchą (czyt. lanczą), czyli po naszemu po prostu motorówką, wraz z paroma Kolumbijczykami cięliśmy błękitne fale oceanu, na raty przybliżając do Panamy.
Wyruszyliśmy z Bahia Solano, jeśli mnie pamięć nie myli, trzeciego dnia przed południem. Zwłoka spowodowana była awarią silnika motorówki, tak, że do łodzi pakowaliśmy się chyba ze trzy razy. Przed wodowaniem zostaliśmy (a właściwie to nasze plecaki) dokładnie sprawdzeni przez mundurowych, potem, już w lanchy przyszło nam sobie z godzinkę posiedzieć w oczekiwaniu na właściciela, który udał się chyba na śniadanie. Kiedy wreszcie się pojawił i pożegnaliśmy zacumowany przy molo Correo Pacifico nie mogłem wyjść z podziwu dla własnej zaradności, która kazała mi ze wszystkich rzeczy, które posiadałem w plecaku, wyciągnąć niewielki, czerwony kocyk. Ten kawałek materiału podczas trudnych dni wyprawy, niemal codziennie oddawał mi przysługę i chronił a to przed wiatrem, a to przed zimnem, czasem przed palącym słońcem lub wilgocią, innym razem stanowił poduszkę dla mojej zmęczonej głowy lub pełnił funkcję prowizorycznej kołderki. Jednym słowem kocyk, jako, jak się przekonałem, niezbędny element ekwipunku każdego podróżnika z pewnością zasługuje na osobny wpis, i pewnego dnia, jeśli starczy sił, zdrowia i dowcipu napiszę dla niego należny mu rapsod.
Kiedy wyruszyliśmy zimny pęd powietrza bezlitośnie smagał mój biały korpus delicji (czy jak to się pisze;), obok Kolumbijczycy kulili się chroniąc ciała przed chłodną bryzą i łapczywie spoglądali na moją osobę, otuloną szczelnie pledem jakby jakimś całunem. Na domiar złego - Lazaro - nasz kapitan po około kwadransie przypomniał sobie o czymś co zostawił na brzegu Bahia Solano, czekała nas więc droga powrotna i dodatkowe minuty cierpień.
Kiedy jednak wreszcie opuściliśmy zatokę, powietrze stało się znacznie cieplejsze, a w rzadkich, na szczęście, chwilach kiedy motorówka zwalniała, lub przystawała zdawało nam się wręcz, że się na białej powierzchni lanchy upieczemy niczym tłuściutkie kawały mięsa na rozgrzanej patelni. Każdy z nas życzył więc sobie, by teraz łódeczka mknęła co sił przed siebie, mimo że podskakikała przy tym twardo na falach, tak, iż już po chwili byliśmy w pewnym wiadomym miejscu niemiłosiernie poobijani.
Ja jednak zupełnie tego nie czułem - gapiłem się chciwym wzrokiem na Pacyfik, jak dziecko w wymarzoną zabawkę. Patrzyłem na pomarszczone fale, na mieniące się różnymi kolorami pieniste bałwany, które połyskiwały pysznie tysiącami światełek. Woda błyszczała dziesiątkami odcieni: tutaj była błękitna, trochę dalej szmaragdowa, tam znów miała barwę polerowanej stali, jej powierzchnia zaś pulsowała żywo niczym magiczna planeta, pełna gór i szumiących lasów, wąwozów, kształtnych dolin i przełęczy, jakowyś pustyń, bogata w zimne kratery i plujące szafirem, rozedrgane wulkany. Raz za razem, albo to jak znajome Pieniny, albo jak krajobraz zgoła księżycowy - tafla wciąż i wciąż fałdowała się i mięła w okamgnieniu i proszę mi wierzyć, Krakusowi z dziada pradziada, który ukochał sobie bieszczadzkie łąki, pagórki i knieje, proszę uwierzyć, choćby to zabrzmiało jak fraza z najtańszego hollywoodzkiego filmu, że nigdy w życiu nie doświadczyłem niczego piękniejszego i wiem, że na całym tym wielkim świecie, nie ma widoku równie cudownego prócz jednej tylko rzeczy, którą być może kiedyś dane mi będzie ujrzeć, a o której nigdy nikomu nie powiem póki jej nie zobaczę.
Tak sobie trwając w zachwycie, miałem jeszcze na tyle rozsądku żeby znowu przykryć się kocem, tym razem jednak zrobiłem to na tyle niedbale, że ramię i lewy policzek - zwrócony ciągle w stronę oceanu spaliłem sobie niczym rak.
Po prawej stronie zieleniło się odludzie Darien. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że cały przesmyk przepłyniemy na lanchach w kilka godzin przyszło mi do głowy, że Mister Cejrowski jednak grubo przesadza chwaląc się przejściem tej trasy. Dopiero, gdy dojrzałem strome wzniesienia i szalone nierówności terenu, a przede wszystkim kiedy zobaczyłem gęstą niczym mech dżunglę Darien zrozumiałem, że spacer tamtędy to wyczyn godny greckich bogów i to tych raczej, którym brak co najmniej piątej klepki.
Po około trzech godzinach dopłynęliśmy wreszcie do ostatniego przystanku przed Panamą - Jurado. Widok jaki nas powitał, był jedyny w swoim rodzaju - takiej plaży nie zobaczycie w żadnym filmie. Gorący piasek i długaśny, płaski brzeg, który pozwalał bez obawy kąpać się kilkadziesiąt metrów od pierwszego szeregu palm robiły piorunujące wrażenie. Dopiero, gdy się zbliżyć widać, że tubylcy każdej niepotrzebnej rzeczy pozbywają się przynosząc ją w darze Posejdonowi - tony śmieci zalegają więc w pobliskich zaroślach zadając kłam tezom o turystycznej dewastacji przyrody.
Jurado to już jednak temat na osobne rozważania, na które pozwolę sobie innym razem, w końcu muszę przecież chociaż kilka opowieści zachować na ciężkie czasy kiedy to znowu w oczy zaglądnie nam kryzys.

0 komentarze: