Tematem spotkania był czas - dla mnie niewątpliwie problem bardzo na czasie;). Siedzę sobie ostatnio w czterech ścianach i walę szaleńczo w klawiaturę, by zdążyć obronić się na przełomie czerwca i lipca, co już nota bene zapowiedziałem mojemu drogiemu promotorowi, który wszystkimi siłami potrafił jednak ukryć ogarniającą go falę wzruszenia, że po wieloletniej, wspaniałej znajomości nieuchronnie nadchodzi chwila pożegnania. No więc siedzę, bywa, że do późna, i piszę; nie chodzę na piwo, nie chodzę na dziewczyny, nie chodzę w góry, właściwie to w ogóle nie chodzę, bo zamiast chodzić biegam, chociaż co prawda tylko wieczorami by rozprostować zesztywniałe kości.
A Lednicę wymyśliłem sobie już chyba kilka miesięcy temu i nawet nie bardzo wiem dlaczego. Po prostu ot tak uznałem, że jadę. Dwa dni przed wyjazdem zdobyłem na pkp bilet na św. Jacka - specjalny pociąg na Lednicę tam i z powrotem, pociąg widmo trzeba dodać, albo lepiej pociąg duch bo na pkp to o nim za wiele nie wiedzieli, a już zupełnie nic w informacji (trzeba pytać bezpośrednio w kasach). No ale było się w Panamie to się człowiek za łatwo spławiać nie daje, hehe.
Jak sobie już kupiłem bilet to przeczytałem, że Lednica to spotkanie młodych co jakoś wcześniej mi umknęło, i faktycznie w pociągu byłem chyba najstarszy. W koło pełno dzieciarni, studentów na lekarstwo, podczas postojów wszyscy wypełzają na peron, klaszczą, drą się, że "dadzą czadu dla Jezusa" - w ogóle atmosfera niezwykle budująca, aż kipiało od entuzjazmu, z tym, że ja z racji wieku i charakteru poczułem się cokolwiek wyobcowany.
Niepotrzebnie! Koniec końców podróż była fajowa, a na polach lednickich średnia wieku była już ciut wyższa, chociaż ciągle zdecydowanie dominowała młodzież raczej licealna niż brać studencka.
Na miejscu, zaraz po przejściu przez recepcję w ciągu kilku chwil zgubiłem oczywiście całą grupę ze św. Jacka. Pamiętałem tylko, że św. Jacek ma miejscówkę w sektorach "2" i "R" no i ostatecznie dotarłem do "eRki" - wyznaczonej stosunkowo blisko Ryby i sceny i na wprost dużego ekranu - super! Podobno były tam jakieś osoby z pociągu, ale ostatecznie nie wiem kto, co i jak, zresztą od momentu usadowienia się na polach to już nie miało znaczenia. Wprawdzie w koło pełno uśmiechniętych i życzliwych twarzy, ale ja przecież nie przyjechałem tam dla ludzi!
Wkrótce rozpoczęły się modlitwy, pieśni i tańce, wieczorem odbyła się msza. Mimo zimna i kapiącego deszczu (taa kapał to on do 23, a potem to już lunęło - miś Carlos) klimat był wyjątkowy. Na koniec przeszliśmy przez bramę - Rybę, ale sektor "R" czekał na to ponad godzinę, a kiedy otwarto nam drogę ludzie się rzucili i tłok był niemiłosierny, co trochę wypaczyło sens tego aktu.
Zastanawiałem się czy opisać samo nabożeństwo i tamtejsze modlitwy, ale ostatecznie myślę, że każdy z ponad 70 tys. uczestników mógłby powiedzieć na ten temat coś zupełnie innego, każdy przeżywał je zupełnie indywidualnie. Więc moja relacja właściwie bardziej mówiłaby o mnie i moim stanie ducha niż o samej Lednicy, a koniec końców blog, jeszcze nie do końca poważny i przy tym tak niezmiernie popularny jak ten, nie jest, jak sądzę, najlepszym miejscem na tego rodzaju intymne opowieści.
Po nabożeństwie rozpoczął się powrót w strugach deszczu, na nogach ma się rozumieć, przez cudowne równiny Wielkopolski - zjawisko przyrodnicze, które mnie - górala (haha) z Krakowa od jakiegoś już czasu prawdziwie zachwyca. Po drodze w odruchu chrześcijańskiej miłości bliźniego zainteresowałem się spanikowaną niewiastą, która wrzeszczała, że musi na pociąg, a nie wie którędy. No to pomogłem (hehe) przez co byłem świadkiem scen zupełnie osobliwych - Ulę, bo tak się ta dziewczynka nazywała, beznadziejnie bolały nogi, twierdziła nawet, że jej puchną, że ona już nie może, że nie ma kondycji, pytała a ile jeszcze, jak dużo kilometrów (9 - z pola Lednickiego na pkp w Lednogórze jest 9 km), a czy to na pewno odpowiednia droga, czy nie mogłoby już przestać padać, no i znowu: a ile jeszcze, bo przecież ona już nie może, a to, a tamto, a siamto. O rany!
Szybko uciekłem 20 m do przodu a tę swoistą drogę krzyżową pozostawiłem przypadkowej kompance Uli - Danusi, która te kwilenia znosiła ze zdumiewającym spokojem i z pełnym miłosierdzia wyrazem twarzy uporczywie kłamała, że do stacji kilometrów jest nie więcej niż 3 może 4 nawet gdy inni pielgrzymi zuchwale obalali jej twierdzenia (dzielna Danuto - pozdrawiam Cię! Obiecany medal wytrwałości w fazie projektu;).
Na dworcu przyszło nam wszystkim poczekać kilka godzin na pociąg, a potem zmiana mokrych ubrań i kimka w przedziale. Jednym słowem było cudownie!
A co za rok? Jeśli tylko Bóg pozwoli to będę, myślę sobie nawet, że postaram się zorganizować jakąś mini grupę i przyjechać z młodymi, którzy mam nadzieję skorzystają na spotkaniu jeszcze więcej niż ja.
Prawdopodobnie temat przyszłorocznej Lednicy będzie jakoś związany z kobietami, pewnie z Marią, co wstępnie zapowiedział o. Jan Góra i stwierdził, że na kolejny zlot mężczyźni powinni przybyć z kwiatami w rękach.
W związku z tym na koniec specjalna pieśń lednicka, która być może będzie śpiewana za rok.

A jeśli mój drogi czytelniku chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o spotkaniach, lub nie możesz się doczekać czerwca 2010 odwiedź lednicką stronę. Co ciekawe, już tej jesieni Lednica motocyklisty i Lednica seniora. Jak sobie jakimś cudem kupię do tego czasu motor (będę prosił - zobaczymy co z tego wyjdzie;) to jadę!
Do zobaczenia!
Acha a pod spodem lednicki obrazek od Carlosa: bo misie też kochają ryby! Z wzajemnością!
1 komentarze:
Dzieci lubia misie, misie lubia dzieci! Ten Carlos jest jakis podejrzany...
Prześlij komentarz